Gdy praca jest tania (albo wręcz darmowa) i łatwo dostępna, to nie ma zachęt do szukania innowacji technologicznych. A bez innowacji technologicznych nie ma impulsu do rewolucji przemysłowej.

Australijska pisarka Helen Dale – w Polsce niepublikowana – wydała właśnie swoją kolejną powieść „Kingdom of the Wicked”. Ja nie czytałem. Przeczytał ją jednak amerykański ekonomista Mark Koyama. I się zachwycił. Zwłaszcza fragmentem, w którym Dale opisuje alternatywną wersję historii rozwoju Imperium Rzymskiego. Na początku II wieku przed Chrystusem dochodzi tam do wybuchu rewolucji przemysłowej na wzór angielski. Efektem jest wejście na ścieżkę znaną z historii Wielkiej Brytanii i całego Zachodu, czyli stopniowej demokratyzacji via monarchia konstytucyjna. U Dale w wyniku tych przemian gdzieś w okolicach roku zerowego Rzym staje się miejscem podobnym do naszego świata. Targanego sprzecznościami globalizacji, zagadnieniem terroryzmu czy problemem nierówności, tyle że nie dziś, a już dwa tysiące lat temu.

Zdaniem Koyamy opowieść Helen Dale jest dość spójna, a wskazany przez nią moment rzymskiej industrializacji całkiem prawdopodobny. II wiek przed naszą erą to wszak czas sprzed wielkiego napływu niewolników z trzech największych podbojów rzymskich: pokonania Grecji, Kartaginy i Galii. To okienko możliwości wiąże się oczywiście z rynkiem pracy. Gdy praca jest tania (albo wręcz darmowa) i łatwo dostępna, to nie ma zachęt do szukania innowacji technologicznych. A bez innowacji technologicznych nie ma impulsu do rewolucji przemysłowej. Trzeba więc sobie wyobrazić, że Rzym nie podbija swoich rywali, lecz próbuje z nimi w miarę pokojowo współistnieć. A skoro tak, to tamtejsi przedsiębiorcy nie mają do dyspozycji rezerwuaru darmowej pracy świadczonej przez potomków Hannibala i Asteriksa. Rzymski biznes musi więc kombinować inaczej. W związku z tym Imperium Cezarów wchodzi na ścieżkę rozwoju technologicznego. I tak angielski kapitalizm pojawia się w słonecznej Italii. Według wizji Dale postęp w niektórych dziedzinach przebiega nawet szybciej, zwłaszcza w medycynie czy biologii – Rzymianie, niespętani chrześcijańskim oporem przed eksperymentami na ciałach zmarłych, dokonują niesamowitego skoku cywilizacyjnego.

Tyle literacka fikcja. My wróćmy do badań ekonomicznych i do pytania, dlaczego historia potoczyła się inaczej, a Rzymianie na ścieżkę industrializacji jednak nie weszli. Wszelkie warunki były przecież spełnione. Wielu liberalnie usposobionych ekonomistów powie, że kapitalizm może się rozwinąć tylko tam, gdzie istnieje zakumulowany kapitał. A w Rzymie Cezarów tak przecież było. Inaczej niż w antycznej Grecji czy później w średniowieczu istniała tu całkiem szeroka i bardzo zamożna klasa bogaczy (coś w rodzaju współczesnego „jednego procentu”), a do tego również spora klasa średnia. To nie koniec. W swojej pomnikowej „Historii kapitalizmu” ekonomista Willem Jongman pokazuje, że w Rzymie (a zwłaszcza w szczytowym okresie między II wiekiem p.n.e a II wiekiem po Chrystusie) istniał rozbudowany system wydobycia węgla, były problemy z rosnącym zanieczyszczeniem, kwitła branża budowlana oraz masowa produkcja mięsa. Słowem, był to okres, który inny historyk gospodarki Jack Goldstone nazwał pierwszym zauważalnym „wykwitem wzrostu gospodarczego”.

A jednak rewolucja przemysłowa się nie rozpoczęła. Dlaczego? Nie wiadomo. Ekonomiczne wyjaśnienia tej zagadki są bardzo różnorodne. Jest odpowiedź libertariańska głosząca (za Adamem Smithem), że do rozwoju kapitalizmu potrzebny był „pokój, proste podatki oraz sprawiedliwe instytucje wymiaru sprawiedliwości”. A tych – ich zdaniem – Rzym dostarczyć nie potrafił. Inni badacze (powiedzmy bardziej „marksizujący”) powiedzą pewnie, że Rzymianie... za słabo wyzyskiwali. I mimo swej imponującej imperialnej ekspansji nie potrafili stworzyć własnego systemu światów. A więc takiego układu relacji międzynarodowych, w którym wszyscy pracują na gospodarczy sukces niewielu. Anglicy umieli to zbudować, choćby w formie słynnego trójkąta. Z podbitych afrykańskich kolonii eksportowano niewolników (pierwszy wierzchołek) na karaibskie plantacje produkujące cukier (drugi wierzchołek), który to produkt stanowił ważny składnik diety angielskiego proletariatu pracującego w fabrykach (trzeci wierzchołek). I mamy cały trójkąt. Jest wreszcie odpowiedź „weberowska” (od Maxa Webera oczywiście) zasadzająca się na przekonaniu o przemysłowym kapitalizmie zakorzenionym w cnotach protestanckich, których w Rzymie brakowało.

Jak dotąd żadna z tych teorii ostatniego słowa nie miała. I może dlatego wizja Helen Dale jest taka interesująca.ⒸⓅ

>>> Polecamy: Czy Polska weźmie udział w czwartej rewolucji przemysłowej?