Korespondentka brytyjskiego dziennika w Brukseli Mehreen Khan pisze, że w stolicy Belgii zwykło się powtarzać, iż "Niemcy są kluczem do wszystkiego", co dzieje się w tym mieście. Na początku września, przed wyborami w Niemczech, "zewnętrznemu obserwatorowi unijnych spraw wydawało się, że nic w Europie - unia bankowa, Brexit czy cokolwiek innego - nie dzieje się bez zgody Niemiec" - czytamy.

"Dziś Niemcy są w trakcie przeciągających się rozmów koalicyjnych. Kanclerz Angela Merkel ma kolejną kadencję w kieszeni, ale do utworzenia jej nowego rządu (...) wciąż jest daleko" - wyjaśnia dziennikarka.

Jak czytamy, "w Brukseli zdanie 'po wyborach w Niemczech' zastąpiło 'po rozmowach koalicyjnych w Niemczech'. (...) Ale do największej politycznej zmiany w Europie doszło w tym roku w Paryżu, nie w Berlinie. Emmanuel Macron, proeuropejski centrowy prezydent Francji, tchnął nowe życie w stolicę Europy, gdzie jest zapewne bardziej popularny niż gdziekolwiek indziej na świecie (w tym w jego własnym kraju). Jego kadencja może rozpocząć nową erę już skomplikowanego przywództwa Niemiec w Europie".

Zdaniem "FT" "dla Brukseli problemem nie są wewnętrzne zmiany polityczne w Niemczech, ale fakt, że Merkel może w epoce Macrona wyglądać okropnie staroświecko".

"Podejście Niemiec do Europy w latach tuż po zjednoczeniu było podsumowywane hasłem +dobra wola+. Integracja na jednolitym rynku, w dziedzinie obrony i rozszerzania (UE) leżały w interesie tego niedawno zjednoczonego państwa, a wsparcie Niemiec dla wspólnych europejskich wysiłków było kluczowe w zapewnieniu postępów UE" - wyjaśnia dziennikarka "FT". Jak tłumaczy, "wszystko to zdecydowanie zmieniło się wraz z kryzysem w strefie euro". "Największa europejska gospodarka, a więc i największy kredytodawca, został zmuszony do grania pierwszych skrzypiec. (...) Berlin nie mógł dłużej kierować z tylnego siedzenia. Kryzys zadał kłam wrażeniu, że Niemcy mogliby nadal jednocześnie być gospodarczym gigantem i politycznym karłem" - pisze Khan.

Przypomina jednocześnie, że "kryzys wytworzył szczególną dynamikę między Merkel a jej francuskim kolegą (ówczesnym prezydentem) Nicolasem Sarkozym". "Z napuszonym Sarkozym u boku kanclerz mogła przynajmniej utrzymywać pozory, że to Francja rozdaje karty, przy bezpiecznej świadomości, że to jej biuro pociąga za sznurki" - ocenia korespondentka "FT".

"Teraz Francuzi naprawdę mogą rozdawać karty. Niemcy wzywane są do podążania za przykładem Macrona" - czytamy w "FT". "Czy Niemcy poradzą sobie z tą zmianą z niechętnego hegemona w podwładnego? (...) Są znaki, że niemiecki establishment już się broni" - zauważa dziennik, przypominając, że mówi się o szefie Bundesbanku Jensie Weidmannie jako o kandydacie na następnego przewodniczącego Europejskiego Banku Centralnego. "Gdyby uzyskał poparcie Merkel, byłoby to znaczącą zmianą dla kraju, który tradycyjnie czuł się niekomfortowo z zajmowaniem najważniejszych stanowisk w Europie" - pisze Khan.

Jednocześnie "inni nie są pewni, czy Merkel jest kobietą, która pokieruje Niemcy z powrotem do epoki dobrej woli" - zauważa. Przytacza słowa byłego szefa jednego z banków centralnych strefy euro, według którego Merkel "po mistrzowsku użyła kryzysu dla korzyści własnych i swojej partii". "Nie oszukujmy się - cytuje go 'FT' - gdy ona jest w pobliżu, jak można cokolwiek zmienić?".