Przedsiębiorczość jest w naszym kraju przedmiotem obowiązkowym. Wprowadzono ją do szkół ponadgimnazjalnych (liceum, liceum profilowane, technikum) w roku 2002. Kurs zajmuje 60 godzin, czyli dwa razy w tygodniu przez rok. Z góry zaznaczam, że bez wątpienia w skali kraju znajdzie się kilku wyjątkowych nauczycieli, którzy wykorzystują lekcję przedsiębiorczości do zwiększania wiedzy ekonomicznej młodego pokolenia. Co do zasady sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Z tego, co mówią o przedsiębiorczości dzieci i nauczyciele oraz z analizy podręczników do tego przedmiotu, wyłania się obraz zajęć z neoliberalnego survivalu. Szkoła średnia zmienia się tam w szkołę przetrwania w warunkach ekstremalnie trudnego polskiego kapitalizmu. Uczeń dowiaduje się na przykład, jak założyć jednoosobową działalność gospodarczą. Będzie jak znalazł, gdy pracodawca oświadczy mu, że nie ma wprawdzie widoków na etat, ale przecież może robić to samo, co etatowi, tyle że na firmę. Będzie nawet lepiej (sic!), bo przebrzydły fiskus nie położy łapy (sic!) na jego ciężko zarobionych pieniądzach (sic! sic! sic!). Sporo czasu zajmują też uczniom sposoby na przypodobanie się pracodawcy. Wszak to on tworzy miejsca pracy i trzeba go oczarować. Zupełnie jak niegdyś ubogie panny na wydaniu musiały wdzięczyć się, uśmiechać i wbijać w ciasne gorsety, żeby zechciał je poślubić któryś z bardziej zamożnych kawalerów. A co potem, to już nieważne.

>>> Czytaj też: Woś: Dlaczego za Nerona nie produkowano fordów

Rafał Woś

Rafał Woś

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Nie pociesza również przegląd podręczników dla nauczycieli. Zrobił to w ubiegłym roku Marcin Wroński i podzielił się wrażeniami z czytelnikami „Krytyki Politycznej”. Chodzi na przykład o „Ciekawych świata” Piotra Krzyszczyka, „Podstawy przedsiębiorczości” Zofii Sepkowskiej albo o książkę Małgorzaty Biernackiej, Jarosława Korby i Zbigniewa Smutka pod tym samym tytułem. Wyłania się z nich obraz zdominowany przez jedynie słuszny dogmat wolnorynkowy. I to od razu w typowej dla III RP wersji radykalnej.

Ocena terapii szokowej? Zazwyczaj o jej negatywnych konsekwencjach nie ma tam nic. W ujęciu serwowanym dzieciom w szkołach plan Balcerowicza stworzył „prawidłowo działające rynki kapitału i pracy”. W innym znów miejscu jedynym negatywnym skutkiem polskiej transformacji była hiperinflacja. „Wygląda na to, że kilka milionów bezrobotnych nie zasłużyło sobie na przesadną uwagę” – krytykuje cierpko autor analizy. I ma świętą rację.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej