Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) działa w północnym Libanie od lipca 2012 r. wtedy było tam ok. 20 tys. syryjskich uchodźców, a w całym Libanie - 30 tys. "Nikt w najgorszych snach nie przewidywał, że dwa lata później będzie w Libanie ponad milion syryjskich uchodźców" – mówi Wilk.

"To była ogromna fala, praktycznie każdego dnia pod nasze biuro w Bire przyjeżdżały samochody, z których wysiadali uchodźcy, bardzo często bez żadnych bagaży, bo na granicy wojsko zabrało im wszystko. Trzeba było im zabezpieczać jakiejś miejsce do mieszkania, koce, materace i paliwo na ogrzewanie, zgłosić ich do światowego programu żywnościowego ONZ" – wspomina szef PCPM.

W liczącym ok. 5 mln mieszkańców Libanie przebywa obecnie ponad 1 mln uchodźców syryjskich. "To tak, jakby do Polski trafiło 8-10 mln Ukraińców, Białorusinów czy Rosjan. I ci ludzie mieliby potencjalnie w naszym kraju zostać przez wiele lat, bo do swojego kraju nie mogą wrócić szybko i bezpiecznie" - podkreśla Wilk.

Władze libańskie nie zgadzają się na zakładanie nowych obozów dla uchodźców. To, dlatego - tłumaczy Wilk - że w latach 40. i 50. ubiegłego wieku powstały w Libanie obozy dla uchodźców palestyńskich, które istnieją do tej pory. "Dla Libańczyków obóz dla uchodźców nie istnieje kilka lat, ale 50-70 lat. Dlatego nowych obozów nie chcą" - podkreśla.

Dodaje, że Liban nie jest stroną konwencji o uchodźcach, w związku z tym dla Libańczyków, z punktu widzenia prawnego, Syryjczyk nie jest uchodźcą, ale turystą. Oznacza to, że uchodźcy syryjscy w Libanie przebywają na podstawie tymczasowego pozwolenia, które muszą przedłużać.

"W ciągu ostatnich lat prawie 80 proc. syryjskich uchodźców w Libanie nie miało uregulowanego statusu prawnego. Podobnie jest z ich dziećmi" - dodaje i zwraca uwagę, że w Libanie rodzi się coraz więcej dzieci, których dotyczy ten problem.

"Dzieci uchodźców nie mają ani obywatelstwa libańskiego, ani syryjskiego. Za kilka lat możemy stanąć przed problemem, że do szkół w Libanie pójdzie pokolenie dzieci, które nie mają żadnych dokumentów. Czy władze libańskie zgodzą się przyjąć je do szkół, czy raczej będziemy mówić o dzieciach, których prawnie nie ma i nie będą miały dostępu do edukacji?" – zastanawia się Wilk.

Ponieważ Liban nie zgadza się na zakładanie obozów, większość uchodźców syryjskich musi szukać miejsc do życia we wsiach czy miasteczkach. Według szacunków UNHCR syryjska rodzina musi wydać ok. 400 dolarów miesięcznie, aby zapewnić sobie dach nad głową, jedzenie, podstawowe produkty higieniczne. "Średni czynsz w regionie, w którym działamy wynosi 130-150 dolarów miesięcznie" – dodaje.

"Te dość wysokie koszty nie są w żaden sposób rekompensowane pomocą humanitarną. Z pośród ponad miliona uchodźców syryjskich w Libanie zaledwie 15-20 proc. otrzymuje coś, co moglibyśmy nazwać kompleksową pomocą humanitarną. Ta kompleksowa pomoc ma wartość 300 dolarów miesięcznie, czyli nawet te rodziny, które tę pomoc otrzymują, są miesiąc w miesiąc na minusie ok. 100 dolarów" - podkreśla Wilk.

Dodaje, że ponad połowa uchodźców syryjskich w Libanie żyje poniżej absolutnej granicy ubóstwa, a 40 proc. nie otrzymuje żadnej pomocy humanitarnej.

Aby pomóc Syryjczykom w zapewnieniu mieszkania, PCPM realizuje program "Cash for Rent" - polega on na tym, że Libańczycy, którzy wynajmują mieszkania Syryjczykom, otrzymują kartę bankomatową, a na ich konta wpływają, co miesiąc pieniądze. "Nasz program zabezpiecza dach nad głową, a dzięki koordynacji z UNHCR i światowym programem żywnościowym ONZ, nasi beneficjenci dostają jeszcze pomoc żywnościową" - tłumaczy Wilk.

Podkreśla, że zapewnienie uchodźcom mieszkania, jest szczególnie ważne zimą. "Jeżeli ktoś nie ma pomieszczenia, w którym może się schronić, grozi mu śmierć. Co roku kilkudziesięciu Syryjczyków umiera z zimna, głównie tych koczujących w nielegalnych obozach namiotowych" – wskazuje szef PCPM.

PCPM przekazuje Syryjczykom także pieniądze na zakup paliwa do pieców grzewczych. "Dzięki wsparciu z MSZ jesteśmy w stanie objąć tą pomocą 35 tys. Syryjczyków" - podkreśla.

Napływ uchodźców do Libanu odbił się także na funkcjonowaniu miejscowości, w których zamieszkali Syryjczycy. "Ludność tych miejscowości, które przyjęły uchodźców, bardzo często podwoiła się, np. w Bire, czyli tam, gdzie pracujemy, liczba ludności wzrosła z 6 tys. do ok. 13 tys." – mówi Wilk.

Jak dodaje, to oznacza, że kanalizacja nie zawsze działa sprawnie, mogą zdarzyć się braki w dostawach wody czy prądu, bo infrastruktura nie była przygotowana na taką liczbę osób. "Są dwa razy dłuższe kolejki do lekarza, bo lekarz też był przygotowany do obsłużenia dwukrotnie mniejszej liczby pacjentów. Szkoły muszą pracować na dwie zmiany – rano uczą się dzieci libańskie, a po południu – dzieci uchodźców syryjskich. A to przecież oznacza wyższe koszty utrzymania budynku, sprzątania, ogrzania" - mówi Wilk.

"Mam szacunek dla Libańczyków, którzy przyjęli uchodźców do swoich wsi czy miasteczek. W 2012 r. rozmawiałem z jednym ze sklepikarzy w miejscowości koło Bire. Pokazał mi zeszyt, gdzie zapisywał długi Syryjczyków. Tam były zapisane rzeczy kupione za kwotę ok. 620 tys. dolarów. Stracił płynność finansową przez to, że dawał uchodźcom rzeczy na kredyt. To nie była jednostkowa sytuacja, takich przypadków było więcej" – podkreśla Wilk.

"Uchodźcy syryjscy stali się bezpośrednią konkurencją na rynku pracy dla Libańczyków w tych zawodach, które nie wymagają wysokich kwalifikacji, czyli tych najniżej płatnych" - dodaje Wilk. Libańskie władze zdecydowały, że Syryjczycy mogą pracować w dwóch sektorach: budowlanym i rolniczym.

W trudnej sytuacji są także syryjskie dzieci. "Od wielu lat organizacje pomocowe, w tym UNICEF, alarmują o groźbie powstania straconego pokolenia wśród dzieci uchodźców syryjskich. I cały czas walczymy o to, aby to zjawisko ograniczyć" - deklaruje Wilk.

Według danych UNHCR, 54 proc. dzieci uchodźców syryjskich nie chodzi do szkoły. Te, które uczęszczają do szkół, mają zajęcia według sytemu libańskiego. W Syrii zajęcia prowadzone są tylko w języku arabskim, zaś w Libanie edukacja odbywa się w trzech językach: arabskim, francuskim, a w niektórych szkołach również w angielskim.

"Zdarza się, że dzieci syryjskie mają część zajęć po arabsku, a np. matematykę po francusku. Starsze dzieci syryjskie miały gigantyczny problem, żeby się do tego dostosować i bardzo często wypadały z systemu i nie kończyły szkół. Dlatego w Bire prowadzimy centrum edukacyjne, gdzie pomagamy dzieciom syryjskim. Prowadzimy zajęcia uzupełniające, szczególnie z angielskiego i francuskiego" - dodał.

PCPM prowadzi także dla młodych Syryjczyków szkolenia zawodowe: asystent pielęgniarki, asystent farmaceuty – to głównie szkolenia dla dziewczynek, elektryk – dla chłopców. "W tych zajęciach uczestniczyło w tym roku, co najmniej 300 młodych Syryjczyków" - mówi Wilk.

Centrum stara się także znaleźć staże dla absolwentów tych kursów. Od tego roku realizuje także programy czasowego zatrudnienia, gdzie uchodźcy syryjscy i Libańczycy angażowani są w prace budowlane oraz roboty publiczne, realizowane pod nadzorem samorządów lokalnych. Oprócz tego fundacja prowadzi klinikę, która zapewnia dostęp do pomocy medycznej i bezpłatnych leków.

PCPM jest organizacją pożytku publicznego, udzielającą pomocy humanitarnej i rozwojowej w Afryce, Azji Środkowej oraz w innych regionach świata. Specjalizuje się w niesieniu pomocy w najtrudniejszych, zapalnych regionach świata. Realizuje projekty m.in. w Kenii, Etiopii, Palestynie, Gruzji.

Działania misji PCPM w Libanie w latach 2012-2017 o wartości 40 mln zł zostały w 75 proc. sfinansowane przez program polskiej pomocy humanitarnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Pozostałe środki pochodzą bezpośrednio z ONZ oraz od darczyńców prywatnych.(PAP)

autor: Krzysztof Markowski

edytor: Grzegorz Dyjak