Dostałam kilka e-maili od rodziców studentów pierwszego roku weterynarii z pytaniem, kiedy będzie wywiadówka. Odpowiedziałam, że natychmiast, jak tylko przedstawią mi oświadczenia dzieci, że się na to zgadzają – opowiada wykładowczyni z warszawskiej SGGW. Ona uczy dorosłych ludzi, więc może sobie pozwolić na to, żeby nadgorliwych rodziców wysłać w kosmos. Ale nauczyciele ze szkół niższego stopnia takiego przywileju nie mają. I muszą się zmagać z rodzicem tak długo, jak długo dziecko będzie uczęszczać do ich szkoły. Boją się, denerwują, czasem uciekają, kiedy indziej sami atakują. Inna sprawa, że nikt ich nie uczył, jak postępować w takiej sytuacji.

>>> Czytaj też: „Niech jadą. I wrócą”, czyli co zrobić z absolwentem polskiej szkoły

Wiem, co dobre

– Gdyby tak można było dostawać do nauki i wychowania samo dziecko, nieobciążone domem, bez garbu rodziców na plecach – rozmarzyła się podczas towarzyskiej rozmowy znajoma nauczycielka. – Jakie słodkie byłoby wtedy życie nauczycieli. Jaka prosta ich praca – mówiła. Kaja jest nieco po trzydziestce, w podstawówce w dużym mieście uczy przyrody i wychowania fizycznego. O tej porze roku jest już na skraju wyczerpania psychicznego, marzy o przerwie świątecznej, żeby odsapnąć. To nie wina jej podopiecznych, lecz ich rodziców. Zawsze się znajdzie jakiś gotowy uprzykrzać życie nauczycielom.

W tym roku też się taki trafił. Ojciec czwartoklasistki. Zgodnie z regulaminem szkoły ze względów bezpieczeństwa przed lekcjami WF dzieci powinny zdejmować biżuterię, jeśli taką noszą. Pierścionki – bo można uszkodzić palec. Kolczyki – bo można rozerwać ucho. Normalne. Ale ten ojciec postanowił, że jego córka będzie ćwiczyła z ozdobami w uszach. Dlaczego? Bo tak.

>>> Czytaj też: Polskę dławi niż demograficzny, ale na prywatnych uczelniach przybywa studentów. Dlaczego?

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej