Nauczyciele stali się ofiarami systemu kształcenia oraz drogi awansu, który potęguje patologie zawodu. A na ten system składa się przestarzały program studiów, demotywujące przepisy Karty nauczyciela z 1982 r., sposób wynagradzania oraz środowisko, które wymusza podporządkowanie się niepisanym regułom.

Taki stan trwa od lat.

Spady

Przy okazji ostatniej reformy oświatowej, która wygasza gimnazja i przywraca ośmioletnie podstawówki, politycy opozycji pochylili się nad losem nauczycieli (jest ich ponad 694 tys., więc z rodzinami stanowią potężną grupę wyborców). Nad tym, że będą musieli oni teraz wędrować od szkoły do szkoły, żeby uzbierać w ciągu tygodnia 18 godzin zajęć potrzebnych do wyrobienia pełnego etatu. Nagłe współczucie wezbrało też w samorządowcach, bo to na włodarzach gmin skupia się gniew zwalnianych nauczycieli i niezadowolonych z przepełnionych szkół rodziców. Minister edukacji Annie Zalewskiej wypomina się słowa, że na zmianach nie ucierpi żaden pedagog, choć – co było do przewidzenia – praktyka zweryfikowała jej obietnicę. Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz mówił jeszcze niedawno, że w wyniku decyzji rządu PiS pracę straci 10 tys. pedagogów, a 23 tys. zostanie zmniejszony etat. Potem obniżył prognozy – do 6,5 tys. nauczycieli bez pracy oraz 18,5 tys. z obniżonym wymiarem godzin. To i tak skromne szacunki – bo przy okazji rozmów w 2012 r. nad zwiększeniem pensum z 18 do 20 godzin tygodniowo (rząd PO-PSL zrezygnował z propozycji) prezes ZNP straszył wyrzuceniem na bruk nawet 100 tys. pedagogów.

Zwolnienia bardzo łatwo zrzucić na minister Zalewską. W politycznej walce nie pamięta się o tym, że tak naprawdę mają one dwie przyczyny. Po pierwsze – winny jest niż demograficzny, który wymusza likwidację klas. „Zapomina” się o tym, że w ostatniej dekadzie ubyło milion uczniów, choć w tym czasie wzrosła liczba nauczycieli. Bo nie jest prawdą, co stara się nam wmówić szefowa resortu edukacji, że za rządów PO i PSL pracę straciło 100 tys. pedagogów. Choć zwolnienia były, to bilans jest na plus – w oświacie przybyło niemal 18 tys. etatów. Teraz MEN dziękuje samorządowcom oraz dyrektorom, że nie zwalniali nauczycieli, a minister Zalewska już zapowiedziała, że liczba dodatkowych etatów w przyszłym roku się podwoi. Z kolei ZNP nie wycofuje się ze swoich prognoz, choć przestrzega, że do armagedonu dojdzie za dwa lata, gdy zostaną wygaszone gimnazja. Tak czy inaczej spór o zwalnianych nauczycieli będzie trwał, często sprowadzając się do przerzucania liczbami.

Drugi powód zwolnień jest ważniejszy, bo obrazujący patologię systemu. – To dobry czas, by pod pretekstem reformy Zalewskiej pozbyć się nauczycielskich miernot. W końcu mam wolne ręce – mówi mi dyrektor szkoły z Radomia. Od lat wiadomo – to tajemnica poliszynela – że na studia pedagogiczne, a też na te o specjalności nauczycielskiej, w dużej mierze trafiają osoby, które nie dostały się na inne kierunki, lub te, które nie mają na siebie pomysłu. Bo pedagogika to w powszechnym przekonaniu studia niewymagające, a dające magisterium. Zbyt krytyczna ocena? W tym roku akademickim było 210 miejsc na studiach stacjonarnych na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Przyjęto osoby, które miały ledwie 34 pkt na 100 możliwych. Dla porównania na tej samej uczelni przy dwukrotnie wyższym limicie (400 miejsc) na Wydziale Prawa ostatnia osoba z listy przyjętych miała 73,61 pkt, także na 100 możliwych. A na oba kierunki co roku jest po kilka osób na jedno miejsce. Poza publicznymi szkołami są jeszcze niepubliczne uczelnie, które przyjmują kandydatów bez żadnej selekcji – dla nich po prostu liczy się pobierane czesne. Nie ma się więc co oszukiwać – do zawodu trafiają osoby ze słabymi wynikami uzyskanymi w szkole średniej i w trakcie studiów.

– Część koleżanek chciała mieć wyższe wykształcenie, a na pedagogikę najłatwiej się dostać. Ja wybrałam dodatkowo drugi kierunek studiów o specjalności nauczycielskiej logopedia – mówi studentka Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. – Te przypadkowe osoby po studiach pedagogicznych lub kierunkach o specjalności nauczycielskiej trafiają do pracy w szkole – dodaje.

To już pewne: smartfony osłabiają wyniki uczniów. Dlaczego szkoły wciąż nie chcą zakazać ich używania?

Uczelnie pedagogiczne produkują bardzo dużo nauczycieli. Trafiają oni do pracy w przedszkolach i szkołach podstawowych. Z badań Instytutu Badań Edukacyjnych z 2015 r. „Pochodzenie społeczne i ścieżki dojścia do zawodu nauczycieli szkół podstawowych” wynika, że po 1989 r. praca w tym zawodzie w mniejszym stopniu wiązała się z awansem społecznym, a coraz częściej była postrzegana jako przywilej związany z krótszym niż w innych zawodach wymiarem czasu pracy, dużą liczbą dni wolnych, a także z dodatkami mieszkaniowymi, wiejskimi czy specjalnymi. Profesor Hanna Kędzierska z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie opisała tę zmianę jako przejście od „bycia kimś” z okresu przełomu lat 50. i 60. XX w. przez „coś znaczyć” – w latach 70. i 80., aż do „coś mieć” – obowiązującego w trudnym okresie transformacji gospodarczej. W badaniach IBE przywołano opinię prof. Kędzierskiej z 2012 r., która stwierdziła, że w żadnej profesji nie obniżono tak drastycznie wymogów dotyczących wstępnych kwalifikacji, w żadnej nie stworzono tak krótkich bądź pokrętnych ścieżek uzyskiwania uprawnień do wykonywania zawodu, w żadnej także nie zablokowano mechanizmów selekcji, jak właśnie w zawodzie nauczyciela.

Choć oczywiście nie wszystkich pedagogów można wrzucać do jednego worka. – Znacznie lepiej jest na takich kierunkach jak matematyka czy informatyka. Bo tu w trakcie studiów lub po ich ukończeniu trzeba uzyskać dodatkowe wykształcenie dające uprawnienia do pracy w szkole. Te kursy trwają dwa lub trzy semestry – mówi Tomasz Malicki, były wieloletni dyrektor szkoły podstawowej i liceum w Krakowie. – I jeszcze jedna rzecz. Gdy 35 lat temu rozpoczynałem studia na kierunku matematycznym na Akademii Pedagogicznej w Krakowie, obecnie uniwersytecie, to było nas 140 na pierwszym roku, a ukończyło 18. Wtedy profesorowie nie bali się dokonywać selekcji, bo chcieli pracować z najlepszymi. Dziś jeśli już ktoś dostanie się na studia, to znacznie łatwiej mu je skończyć – dodaje.

Zarzuty, że z kształceniem nauczycieli jest kiepsko, potwierdza NIK w raporcie z marca 2017 r. Oto opinia studenta z jednej ze skontrolowanych uczelni: „Studia o specjalności nauczycielskiej w bardzo niskim stopniu przygotowują nas do pracy w szkole. Moim zdaniem specjalność ta powinna mieć swój odrębny tok niż pozostałe. Zamiast zagłębiać się w najgłębsze tajniki matematyki wyższej, powinno kłaść się większy nacisk na przygotowanie dydaktyczno-merytoryczne, ponieważ my chcemy uczyć w szkole, a nie robić doktorat. W związku z tym 80 proc. studentów kończących studia matematyczne wie, czym są liczby p-adyczne i o czym mówi twierdzenie Rolle’a, a ma problem z wyjaśnieniem dzieciom podstawowych pojęć matematycznych (takich jak funkcja czy wyrażenie algebraiczne) w taki w sposób, żeby większość zrozumiała, czym są. Dzieje się tak dlatego, że nikt nam nie mówi, jak mamy to robić (...). Musimy radzić się nauczycieli z większym stażem i szukać pomocy w książkach, poradnikach i Internecie, narażając się tym na śmieszność i kpinę”.

Dlatego NIK uważa, że dobrym oczyszczającym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zewnętrznego egzaminu państwowego po ukończeniu studiów, który „w zobiektywizowany sposób sprawdzałby kompetencje”. I dopiero jego zdanie dawałoby uprawnienia zawodowe. Bo dziś ma je każdy, kto ukończy przedmiotowe studia ze specjalnością nauczycielską. Z danych resortu nauki wynika, że pomiędzy 1 stycznia 2017 r. a 13 września 2017 r. studia na kierunku prawo ukończyło 1196 absolwentów na uczelniach państwowych i 596 na uczelniach niepublicznych. Na kierunku lekarskim – 1347 (uczelnie publiczne), lekarsko-dentystycznym – 215 (uczelnie publiczne). A kierunek pedagogika ukończyło 2082 absolwentów na uczelniach publicznych, 2327 na uczelniach niepublicznych i 28 na uczelniach kościelnych.

To, że mamy za dużo nauczycieli, potwierdzają również międzynarodowe badania. Według danych OECD Polska ma najniższy współczynnik liczby uczniów przypadających na jednego nauczyciela na poziomie szkoły podstawowej spośród wszystkich krajów członkowskich. Wynosi on nieco powyżej 10 uczniów na nauczyciela, średnia OECD – 16,4. Minister nauki Jarosław Gowin chce skończyć z tym, że praktycznie na każdej uczelni są kierunki pedagogiczne, co potwierdził w rozmowie z DGP przed rozpoczęciem tego roku akademickiego. Jednak jego plany są na razie pieśnią przyszłości. Tym bardziej że do jego pomysłów reformy systemu szkolnictwa wyższego sceptycznie podchodzi PiS. Na razie jego ministerialni emisariusze jeżdżą po Polsce i przekonują środowisko do swoich pomysłów.

– Nie wydaje mi się, by egzamin państwowy uzdrowił sytuację. To dyrektorzy szkół powinni w ciągu pierwszego roku pracy nauczyciela podejmować decyzje, czy nadaje się, czy nie. A jeśli pedagodzy będą zarabiać tyle co prawnicy, to do zawodu będą szli najlepsi – mówi Ewa Łowkiel, wieloletnia nauczycielka w szkole średniej i była wiceprezydent Gdyni zajmująca się oświatą. – Poza tym podstawówce i przedszkolu nie muszą być stawiane wygórowane wymagania. W Anglii czy we Francji nauczyciel w przedszkolu może mieć ukończoną tylko szkołę średnią. I nikomu to nie przeszkadza – dodaje.

Innego zdania jest prof. Antoni Jeżowski z Instytutu Badań w Oświacie, były nauczyciel, dyrektor szkoły i samorządowiec. – Wielu z potencjalnych studentów dobrze by się zastanowiło, czy iść na pedagogikę, jeśli później musieliby zdać egzamin państwowy. Dlatego jestem za. Ale obawiam się, że nagle okazałoby się, że brakuje nam nauczycieli w szkołach – śmieje się.

Wejście do zawodu

Ale z dostaniem pracy nie jest łatwo. Starsi nauczyciele nie chcą odchodzić na emeryturę, więc dla młodych – przy pogłębiającym się niżu demograficznym – zdobycie posady nie jest łatwe. Dlatego nauczyciele po pedagogice często kończą studia podyplomowe, po których mogą uczyć w szkole podstawowej innych przedmiotów, np. przyrody. To sposób na przetrwanie. – Ostatnio nauczyciele w przedszkolu zaczęli kończyć kursy, które dają im uprawnienia do nauki języka angielskiego czy też bycia logopedą – mówi Elżbieta Rabenda, ekspertka z listy MEN, specjalistka ds. oświaty. To cztery semestry – łącznie ponad 600 godzin, ale na studiach I stopnia na kierunku logopedii ogólnej i klinicznej to już ok. 2 tys. godzin nauki.

Nawet po zdobyciu dodatkowego wykształcenia nie jest łatwo ze znalezieniem pracy. Bo w wielu miejscach szkoły to sitwa. Weźmy pod lupę placówkę w małej wsi w gminie Spytkowice (woj. małopolskie). – Wieloletnia sekretarka szkoły ma córkę, która uczy w tej szkole. Rekordy bije dyrektorka, która zatrudnia kilka osób z rodziny. Również pozostałe starsze stażem nauczycielki pracują razem ze swoimi dziećmi, które pokończyły studia pedagogiczne – mówi mi mieszkaniec wsi.

– Otrzymuję skargi od mieszkańców, że przyjmowane są osoby po znajomości. Szkoła wprawdzie mi podlega, ale to dyrektorka jest pracodawcą – tłumaczy się wójt Mariusz Krystian. – Ustawa o pracownikach samorządowych zakazuje zatrudniania w bezpośredniej podległości rodziny w gminie. Trzeba takie samo rozwiązanie wprowadzić do Karty nauczyciela, bo inaczej cały czas będziemy mieć do czynienia z takimi sytuacjami – podkreśla.

O zatrudnieniu nauczyciela decyduje dyrektor, często po uzgodnieniach z lokalnymi włodarzami. Jak ten proces wygląda? Po rozmowie dyrektora szkoły z kandydatem (czasami bierze w niej udział inny nauczyciel danego przedmiotu). Nikt nie ogłasza konkursu na wolne stanowisko ani nie zamieszcza informacji na internetowej stronie szkoły. Z punktu formalnoprawnego trudno to nawet nazwać nadużyciem. Oczywiście można zgłosić taki fakt do gminy czy kuratorium, ale to dyrektor jest pracodawcą i w myśl przepisów to on samodzielnie decyduje, kto nadaje się na stanowisko nauczyciela.

Po dziewięciu miesiącach pracy jako stażysta pedagog otrzymuje nominację na nauczyciela kontraktowego – o tym też decyduje dyrektor placówki. Kolejny stopień awansu to nauczyciel mianowany – pożądany, bo to zyskanie gwarancji zatrudnienia do emerytury. By zostać nauczycielem mianowanym, trzeba przedstawić przed gminną komisją efekt swojego dorobku zawodowego, czyli teczkę z pracami (tym, co było najczęściej realizowane przez nauczyciela z uczniami). Na tym pseudoegzaminie nie padają pytania sprawdzające kompetencje i wiedzę, a jego „zdawalność” wynosi niemal 100 proc. DGP w ubiegłym roku sprawdził, jak to wygląda w poszczególnych województwach, i tylko sporadycznie zdarzały się przypadki, by ktoś został odrzucony. Ostatnim etapem awansu jest uzyskanie stopnia nauczyciela dyplomowanego. O tym też decyduje nie egzamin, a postępowanie kwalifikacyjne, które sprowadza się do zaprezentowania przed komisją kolejnej teczki z dorobkiem zawodowym.

Pokonanie całej drogi zajmuje 10 lat. Później nie ma już nic do zdobycia – co prawda można się ubiegać o tytuł profesora oświaty, ale zyskuje go rocznie ok. 20 osób. Ten tytuł jednak nie daje żadnych przywilejów poza jednorazową wypłatą 18 tys. zł.

Przez tę dekadę nauczyciele zbierają więc dokumenty, odbywają szkolenia, ale po tym okresie już nie mają motywacji do lepszej pracy. Dlatego już w 2008 r. NIK alarmował, że taki system awansu uległ wyczerpaniu. Ponad 60 proc. nauczycieli osiągnęło stopień nauczyciela dyplomowanego, a jeśli dołożymy do tego mianowanych – grubo ponad 80 proc. Ten stan w dalszym ciągu się utrzymuje.

Uzdrowić sytuację próbuje resort edukacji, który przygotował projekt ustawy o finansowaniu zadań oświatowych. Dokument został już uchwalony przez Sejm i podpisany przez prezydenta. W nowelizacji znalazł się zapis, by nauczyciele do najwyższego stopnia awansu dochodzili nie 10, ale 15 lat. Zarazem jedna nowa ustawa dopuszcza tak wiele wyjątków skrócenia tego czasu, że praktycznie nic się nie zmieni.

– Wszystko zmierza w kierunku zmian administracyjnych, a nie systemowych. Przecież ten awans nauczyciele robią tylko dlatego, że z każdym kolejnym stopniem zarabiają więcej. Podczas egzaminu lub postępowania nauczyciel opowiada, czego to nie zrealizował i jakich kursów nie ukończył, a nikt nie weryfikuje jego wiedzy i umiejętności – mówi były minister edukacji Edmund Wittbrodt.

Jak powinna wyglądać szkoła? "Europa ma wiele do nadrobienia" [WYWIAD]

Ocena po latach

Kolejnym problemem jest to, że dorobek nauczyciela ocenia się jedynie przy awansie. Potem nikt jego umiejętności nie weryfikuje. MEN chce, aby pedagodzy byli obligatoryjnie oceniani co trzy lata przez dyrektora. – Znam nauczycieli, którzy od 20 lat nie byli poddani żadnemu testowi – potwierdza Sławomir Wittkowicz, szef Branży Nauki, Oświaty i Kultury Forum Związków Zawodowych.

Choć dyrektorzy sceptycznie podchodzą do pomysłu weryfikacji umiejętności nauczycieli, to jednocześnie narzekają, że trudno zwolnić słabego pedagoga. – To wierutna bzdura. Jeśli ocena, którą może przeprowadzić w każdej chwili dyrektor, jest negatywna, można rozwiązać umowę z takim nauczycielem – przekonuje prezes ZNP Sławomir Broniarz. – Nie mamy wpływu na to, że dyrektorzy nie sięgają po narzędzie, które już mają w ustawie – wskazuje.

Jednak dyrektorzy uważają, że zwalnianie słabych nauczycieli jest mordęgą. – Znajomy dyrektor z Krakowa pięć lat zwalniał jedną osobę. Ta ciągle odwoływała się, po drodze była komisja dyscyplinarna, a na końcu sąd pracy, który ją przywrócił, bo kryterium zwolnienia były podobno niewłaściwie zastosowane – mówi Tomasz Malicki. – Większość dyrektorów szkół działa zachowawczo i nie chce konfliktować się z gronem pedagogicznym. Problem ze zwalnianiem nauczycieli mają też samorządy, które muszą się borykać z odszkodowaniami, a nawet opłacaniem przywróconych przez sąd do pracy nauczycieli, dla których nie ma już zajęć – dodaje.

Malicki przyznaje, że jego koledzy zamiast zwalniać słabych nauczycieli, starają się przez kontrole i hospitacje zmusić ich do dobrowolnego odejścia. – Można w ten sposób obrzydzić im pracę, ale nie zawsze dają się złamać – opowiada. W praktyce nie chcą się narażać i konfliktować z gronem pedagogicznym, które co pięć lat opiniuje kandydaturę dyrektora ubiegającego się przed gminną komisją o kolejną kadencję (PiS zlikwidował automatyczne przedłużanie zatrudnienia dyrektorów po pięciu latach pracy).

Pensje po równo

Demotywująco na nauczycieli działa także system wynagradzania. Na każdym stopniu zarobki są na wręcz identycznym poziomie dla osób z tej samej grupy awansu zawodowego. Tyle samo zarabia dyplomowany nauczyciel wychowania fizycznego co nauczyciel plastyki. Tyle samo nauczyciel słaby, ograniczający się w pracy do minimum i ten, który wypruwa sobie żyły. Pensja zasadnicza nauczyciela stażysty wynosi 2294 zł brutto, kontraktowego – 2361 zł brutto, mianowanego – 2681 zł brutto, dyplomowanego – 3149 zł brutto.

Do średniej pensji, jaka musi być zapewniona dla wszystkich stopni awansu, wlicza się m.in. trzynastkę, dodatek motywacyjny, godziny ponadwymiarowe, dodatek stażowy, odprawy (i inne składniki wynagrodzenia). Wtedy nauczyciele stażyści otrzymują (dzieląc pulę na wynagrodzenia przez liczbę nauczycieli) – 2753 zł brutto, średnia dla kontraktowych – 3056 zł brutto, mianowanych – 3964 zł brutto, dyplomowanych – 5065 zł brutto. Nie dziwi więc to, że po lekarzach rezydentach protestować chcą młodzi pedagodzy. Do takiej akcji nawołuje zresztą ZNP. Warto byłoby jednak wcześniej zweryfikować, czy należą się im takie pieniądze. Samorządy od lat narzekają na absurdy związane z płacami dla nauczycieli. – Wszystkim trzeba zapewnić to średnie wynagrodzenie. Jeśli tego nie zrobimy, to musimy w styczniu wypłacać dodatek uzupełniający, który jest przez nas określany czternastką. Otrzymują go wszyscy, bez względu na to, czy pracowali dobrze, czy źle. Od lat zabiegamy, by zlikwidować to bezsensowne rozwiązanie, ale bez skutku – mówi Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich. – Na średnią wpływa kilkusetzłotowy dodatek motywacyjny. Dyrektorzy starają się go wypłacać po równo bez względu na zaangażowanie tylko po to, aby dojść do ustawowej średniej – dodaje. Dla nauczyciela z najwyższym stopniem awansu średnia wynagrodzenia musi wynieść ponad 5 tys. zł. Jeśli jest niższa, trzeba ją wyrównać. Tak stanowią przepisy Karty nauczyciela.

Dyrektorzy przyznają, że to nie motywuje najlepszych pedagogów do pracy, a słabych utwierdza w przekonaniu, że nie ma się co starać. – Jeśli najlepszy nauczyciel otrzymałby tysiąc złotych dodatku lub więcej, a słaby nic, to można mówić o motywowaniu – potwierdza Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. – Obecnie jest tak, że ten najlepszy dostaje np. 300 zł i ten słaby też, aby nie konfliktować grona pedagogicznego i zapewnić średnią. A nawet jeśli ten słaby nie dostałby nic, to i tak się nie martwi, bo w styczniu otrzyma wyrównanie – dodaje. Dyrektor na zmotywowanie nauczycieli ma zaledwie kilka procent środków z całej puli. Większość składników wynagrodzenia, jak trzynastka czy dodatek stażowy, musi zostać wypłaconych. Nie wspominając o nagrodach jubileuszowych.

Zmienić tę sytuację próbuje minister Zalewska, która proponuje, by od 2022 r. dyplomowanym nauczycielom przyznać tzw. dodatek 500 plus. Mogliby się o niego ubiegać tylko pedagodzy z wyróżniającą się oceną. Ale tu zaczyna się kolejny problem. By zdobyć ocenę wyróżniającą, zgodnie z projektem rozporządzenia trzeba spełnić 41 kryteriów. Wśród nich jest konieczność przeprowadzenia przez nauczyciela badań naukowych, a także współpraca z organizacjami zajmującymi się edukacją. Wiceprezes ZNP Krzysztof Baszczyński uważa, że wiele kryteriów jest praktycznie nie do spełnienia i zadaje pytanie, czy nauczyciel powinien być rozliczany z wzorowego nauczania, czy też z tego, że prowadzi badania naukowe. W efekcie, jego zdaniem, propozycje MEN prowadzą do kolejnej skrajności.

Dyrektorzy szkół często wytykają minister Zalewskiej, że choć tak bardzo chwali model fińskiego kształcenia nauczycieli, to nic nie robi, aby pedagodzy w Polsce byli tacy, jak ci w Finlandii. – Tam dziekan przychodzi do najlepszego studenta pedagogiki i mówi mu, że będzie uczył w szkole. Dla takiej osoby jest to wielkie wyróżnienie, bo tylko najlepsi fizycy, matematycy i inni specjaliści trafiają do pracy w szkole, w której bardzo dobrze się zarabia. Jeśli do świetnego studenta informatyki w Polsce przyszedłby ktoś z propozycją pracy w szkole średniej, to ten zabiłby go śmiechem – mówi Tomasz Malicki. – Duża liczba dobrych nauczycieli w Polsce tylko się irytuje, że jest stawiana na równi z tymi najsłabszymi, którzy przez przypadek trafili do zawodu. A u nas w kraju z przyszłymi nauczycielami powinno być tak, jak z pracownikami służb. ABW przychodzi do najlepszych studentów i mówi im: „Będziesz u nas pracował”. Tam praktycznie nikt przypadkowy nie trafia z ulicy. Niestety takie postulaty, obawiam się, przez dekady pozostaną w sferze pobożnych życzeń – dodaje.

Etaty do reformy. Nadchodzi „gig economy”, czyli gospodarka fuch [WYWIAD]