Tyle że „Ekonomia neoklasyczna. Fałszywy paradygmat” Steve’a Keena to już jest środek medyczny cięższego kalibru. To nie jest niewinna aspirynka, lecz raczej poważny antybiotyk.

Steve Keen ma swoje ważne miejsce w pierwszej lidze współczesnych ekonomicznych heretyków. Zawodowa droga Australijczyka nie była oczywista. Zaczynał od prawa i akademii sztuk pięknych. Potem chciał być nauczycielem. Doktorat z ekonomii zrobił po czterdziestce, a sprawy nie przyspieszyło to, że na każdym kroku dowodził starszym profesorom, że wykładana przez nich nauka opiera się na błędnych założeniach. W efekcie Keen przez lata ostentacyjnie funkcjonował na peryferiach australijskiej akademii. Ujściem jego buntu były badania nad pracami innych ekonomicznych heretyków, głównie zmarłego w 1996 r. autora hipotezy niestabilności finansowej Hymana Minsky’ego. Aby uczcić swojego mistrza, Keen stworzył nawet komputerowy program do wizualizacji dynamiki gospodarek narodowych. Nazwał go właśnie Minsky.

O Keenie zrobiło się głośno w 2008 r. Anglosaskie media ekonomiczne wpisały go wówczas do elitarnego grona „tych, którzy przewidzieli kryzys”, obok takich postaci jak słynny wówczas „Doktor Zagłada” Nouriel Roubini albo późniejszy noblista Robert Shiller. Dzięki nieoczekiwanej fali zainteresowania Keen mógł wznowić swoją pierwszą ważną książkę „Debunking Economics. The Naked Emperor of the Social Sciences”. Jak sam twierdzi, jedyne zmiany, jakich musiał w niej dokonać, to dopisanie drugiej przedmowy oraz zastąpienie fraz „zmierzamy w kierunku krachu finansowego” na „doszło do krachu finansowego”. Reszta pozostała taka, jak w wydaniu pierwotnym z roku 2001. To właśnie uaktualnione „Debunking...” stało się w polskim tłumaczeniu „Ekonomią neoklasyczną. Fałszywym paradygmatem”.

Dzieło Keena to rodzaj podręcznika. Wywód autora jest momentami trochę chaotyczny i przerywany częstymi eksplozjami samozadowolenia w stylu „jak dowiodłem”, „dokładnie tak, jak przewidziałem”. Darujmy jednak Keenowi przerost autorskiego ego i skupmy się na meritum. Mamy tu głęboką, poważną i przez większą część książki bardzo przekonującą krytykę ekonomii głównego nurtu. I nie jest to krytyka o charakterze ogólnym, lecz bardzo konkretne analizowanie kolejnych jej założeń, takich jak na przykład dogmat, że cenę ustala gra podaży i popytu. Albo że płace odzwierciedlają wkład pracowników w produkcję. Keen atakuje też ekonomię głównego nurtu za to, że w swoich modelach kompletnie nie uwzględnia takich czynników jak czas czy permanentna nierównowaga gospodarki kapitalistycznej.

Kto i dlaczego powinien Keena czytać? Dobrze by było, gdyby ta książka trafiła do polskich ekonomistów. Zwłaszcza młodych. Pisze o tym zresztą sam Keen. Powiada mniej więcej tak: Większość z was, drodzy młodzi, najpewniej znajdzie się pod wpływem edukacji ekonomicznej, która w rzeczywistości jest indoktrynacją. A książka ta podejmuje zagadnienia, które powinny stać się częścią edukacji, lecz są na uniwersytetach od lat po prostu pomijane.

Polski fiskus i służby poznają największe sekrety kolegów z innych krajów UE