Najpierw SBU aresztowała detektywów NABU, którzy pod przykryciem prowadzili operację przeciw oskarżanemu o łapownictwo wiceszefowi urzędu ds. migracji. Równolegle przeszukała dwa lokale konspiracyjne kontrolowane przez NABU i 1 2 mieszkań pracowników biura. W niedzielę prokurator generalny Jurij Łucenko podał, że wielu detektywów pracuje nielegalnie, bo zostali przyjęci do służby nie w wyniku otwartego konkursu, ale na podstawie niejawnej procedury. Wczoraj dorzucił, że instytucja nielegalnie podsłuchiwała sędziów, posłów i urzędników. Wcześniej szefowi biura Artemowi Sytnykowi zarzucił ujawnienie tajemnicy państwowej. Efektem tego starcia między starymi a nowymi służbami jest paraliż rodzącego się w bólach systemu antykorupcyjnego.

P o upadku Wiktora Janukowycza i ujawnieniu skali złodziejstwa, którego się dopuścił, Stany Zjednoczone, MFW i Unia Europejska w zamian za udzielenie jakiejkolwiek pomocy finansowej zażądały od Kijowa powołania od zera instytucji do walki z korupcją, którą uznali za jedno z najważniejszych zagrożeń dla bezpieczeństwa Ukrainy. Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU), Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) i Narodowa Agencji ds. Zapobiegania Korupcji (NAZK) odpowiedzialna za weryfikację oświadczeń majątkowych osób publicznych miały być gwarancją powolnego oczyszczania państwa. Dopełnieniem systemu miał być – wolny od patologii toczących wymiar sprawiedliwości – specjalny sąd antykorupcyjny.

NABU, którym kieruje Sytnyk, wybijane są właśnie zęby. Najpierw w ustawie o biurze zapomniano dodać zapis, który upoważniłby je do zakładania podsłuchów (dziś monopol ma na nie SBU). W kolejnym kroku, zupełnie legalnie, opracowano mechanizm ujawniania operacji specjalnych. Jeśli w czasie prowokacji polegającej na kontrolowanym wręczeniu łapówki można bez żadnych konsekwencji aresztować detektywa biura, to nie są potrzebne żadne przecieki w stylu polskiej afery starachowickiej. Poza tym skoro procedura naboru oficerów do pracy pod przykryciem ma być jawna i przejrzysta – jak przekonywał Łucenko – trudno oczekiwać, by kiedykolwiek pracowali oni w charakterze tajnych agentów. Na to wszystko nakłada się skuteczne blokowanie przez prezydenta Petra Poroszenkę prac nad powołaniem sądu antykorupcyjnego. W połowie listopada kontrolowane przez niego ugrupowanie – Blok Petra Poroszenki we współpracy z Frontem Ludowym – zablokowało stosowną ustawę. Projekt poselski nie został przyjęty. I formalnie kolejnym krokiem w procesie legislacyjnym powinna być propozycja ustawy opracowanej przez głowę państwa. Nie jest to jednak możliwe, bo projekt nie został co prawda przyjęty, ale też nie został wycofany z parlamentu. Taki stan zawieszenia może trwać latami.

Wiosną 2016 r. szef NABU Artem Sytnyk w wywiadzie dla DGP mówił, że rozbije układ korupcyjny, ale potrzebuje czasu. Dziś wyraźnie widać, że był niepoprawnym optymistą. Na Ukrainie prędzej za kratki trafi Sytnyk i jego agenci niż poukładany z władzą oligarcha.

>>> Czytaj też: Stany Zjednoczone Europy? Merkel reaguje z rezerwą na pomysł Schulza