W poniedziałek ważny polityk PiS opowiadał mi, że premier Beata Szydło jednak zostaje na stanowisku. Jarosław Kaczyński miał się przestraszyć oporu wobec jej dymisji ujawnianego w kolejnych sondażach i w kontaktach z tzw. terenem. Innym motywem miała być niemiła perspektywa negocjowania zmian w rządzie z prezydentem Andrzejem Dudą. Ten dawał ostatnimi czasy sygnały, że nie wręczy ponownie teki ministerialnej Antoniemu Macierewiczowi. Środowiska „Gazety Polskiej” zareagowały na tę perspektywę histerią.

Mój rozmówca rozsnuwał szczegóły tego planu. Szydło miała zostać, ale zmiany w jej ekipie miały być głębsze, niż kiedykolwiek zapowiadano. Na odejście skazano m.in. personel jej kancelarii: Henryka Kowalczyka, Elżbietę Witek, Beatę Kempę. Słowem: stać na czele rządu miała osoba ubezwłasnowolniona, upokorzona i samotna. Kiedy opowiedziałem tę historię innemu politykowi, członkowi rządu, ten zareagował: Niech już się stanie cokolwiek, byle skończył się ten nieznośny czas oczekiwania na rozstrzygnięcie.

Dzień później Kaczyński przedstawił plan zrobienia Mateusza Morawieckiego premierem tzw. zarządowi partii, czyli gremium złożonemu z szefów regionu. Wtajemniczenie kilkudziesięciu osób było już oczywistym zakomunikowaniem decyzji krajowi. Na dokładkę ci „baronowie” dostali za zadanie urabianie posłów.

Okazało się, że prezes PiS jest kompletnie niewrażliwy na badania opinii publicznej i nastroje. Zignorował sondaż, według którego 67 proc. respondentów chce pozostania dotychczasowej premier, 15 proc. godzi się na samego Kaczyńskiego, a 12 proc. wskazuje Morawieckiego. Kaczyński nie obawia się też zderzenia z prezydentem, przy czym pojawiają się najróżniejsze wersje – od takiej, że Andrzej Duda sam złamie się w sprawie obsady MON, po taką, że Macierewicz odejdzie mimo gniewu Tomasza Sakiewicza.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ta twardość szefa szefów ma w sobie coś imponującego. Nieoglądanie się na chybotliwe nastroje cechuje mężów stanu. Stoi za tym jakaś racja. Wizja, że wszystko się zachwieje z powodu braku Szydło, jest przesadą. Kaczyński pozostaje nadal liderem zbiorowej wyobraźni, nawet jeśli popełni ten czy inny kiks. Równocześnie ta twardość kontrastuje z wrażeniem wielotygodniowego kunktatorstwa. Kaczyński powiedział kilka tygodni wcześniej o zamiarze zdymisjonowania pani premier, zobowiązał wszystkich obecnych (prezydium, czyli najwęższe kierownictwo partii) do zachowania tajemnicy, całkiem w tej sytuacji nierealnej. I tyle. Pozwalał, aby bardzo długo trwał bezruch. Żeby urzędowali ministrowie pewni, że lada moment odejdą. A czuwała nad tym wszystkim wypalona, zmęczona i przestraszona szefowa.

Był to bieg wydarzeń tak dziwaczny, że wiele osób nie wierzyło, że to się dzieje. Po prawej stronie niewiara w odejście Szydło wynikała – poza związkami niektórych dziennikarzy z jej ośrodkiem władzy – z przekonania, że jej miękka charyzma zapewnia tej niezręcznej, bardzo wojowniczej władzy jakąś osłonę. Po stronie opozycji podejrzewano z kolei scenariusze rządzenia poprzez kryzys, osłaniania karuzelą nazwisk rozmaitych kontrowersyjnych decyzji z przebudową sądownictwa i grzebaniem przy ordynacji wyborczej na czele.

Prawdę mówiąc, wiele osób nadal nie do końca wierzy. Niczym niewierni Tomasze czekają na pojawienie się nowego premiera. Chaos jest zwiększany niekonsekwencją. Owszem, długie tygodnie mówiono w kuluarach o zamianie pani premier, ale na samego Kaczyńskiego. Jako powód podawano niefunkcjonalność obecnego systemu dowodzenia i przekonanie prezesa, że tylko jego mocna ręka wyczyści zaległości i pogodzi skłócony, permanentnie podkopujący się nawzajem team. I oto ta szeptana motywacja także wyleciała w powietrze.

– Nie ma w tym nic dziwnego. Od wielu tygodni Kaczyński mówił o sobie albo o Mateuszu Morawieckim jako nowym premierze. Teraz po prostu zmienił kolejność. Wybrał rozwiązanie drugiego rzutu. Dlaczego? Bo może go czekać operacja kolana, a to by oznaczało odłożenie rekonstrukcji na kolejne miesiące – tłumaczy pisowska szara eminencja.

Może Morawiecki był rozwiązaniem drugiego rzutu, ale z reguły zatrzymywano się na rzucie pierwszym. Owszem pojawiały się poszlaki. W pewnym momencie Kornel Morawiecki powiedział o swoim synu jako potencjalnym premierze branym pod uwagę obok prezesa PiS. Ale potraktowano to jako gawędę starszego pana, który dawał wyraz rodzinnym czułościom przy każdej okazji. Okazało się, że niesłusznie.

Co ma przemawiać za Morawieckim? Pojawia się niczym mantra rejestr przewin premier Szydło. Była zawsze posłuszna, ale mało decyzyjna. Wiele tematów odkładała. W tym kontekście wraca ileś przykładów z nieśmiertelnymi projektami ustaw: tej uszczelniającej pobór VAT i tej nazwanej „konstytucją dla biznesu”. Tę pierwszą minister Kowalczyk miał zatrzymywać przy użyciu racji probiznesowych, tę drugą – w duchu retoryki prospołecznej. Wszystko to razem stało się częścią wizerunkowej rozgrywki tych, co stawiali na Morawieckiego, z otoczeniem pani premier, które niemal od pierwszej chwili twierdziło, po cichu, że plan Morawieckiego to humbug.

Możliwe, że coś zostanie teraz odblokowane, że w jednej czy drugiej kwestii rząd bardziej się pospieszy. Że nowy premier lepiej rozumiałby tak skomplikowane tematy jak pomysł połączenia Orlenu z Lotosem. Albo szybciej odpowie na pytanie, czy Polska powinna się przyłączać do struktury PESCO zajmującej się przemysłem obronnym, czemu sprzeciwiał się Antoni Macierewicz. Pani premier miała z takimi dylematami kłopoty. A przerastający ją rozeznaniem wicepremierzy musieli czekać, aż się przez taką czy inną trudność przebije.

Ale nie zniknie podstawowy problem. Ważne decyzje nadal będą autoryzowane na Nowogrodzkiej. I oczy wielu ministrów będą się tam zwracać. Ludzie „zakonu PC” typu ministra Błaszczaka czy Joachima Brudzińskiego (możliwe, że ważnego członka nowego rządu) nie poważali Szydło i namawiali samego prezesa do brania władzy, ale nie robili tego przecież w interesie nowicjusza, poniekąd uzurpatora, jakim musi im się jawić Morawiecki. Nadal trzeba więc będzie mediować, likwidować konflikty, zamiast po prostu rządzić. To będzie robił prezes. Co więc się naprawdę zmieni? Tylko to, że jego partnerem stanie się osoba, którą Kaczyński poważa, może nawet podziwia. Czy do końca ufa? A czy ufał kiedykolwiek komuś, kto sam zbudował swoją pozycję?

Morawiecki ma niewielu politycznych przyjaciół na szczytach władzy. Należy do nich Jarosław Gowin, jeszcze bardziej obce ciało w tej ekipie, po trosze wicepremier Piotr Gliński, który chętnie słucha jego rad, a z „zakonu PC” jedynie miękki i wycofany Adam Lipiński, najmniej przebojowy z wiceprezesów partii, o którym mówi się, że także awansuje przy nowym szefie. Czy to jednak wystarczająca przeciwwaga dla drapieżnych frakcji, a czasem zachłannych na władzę solistów, typu Macierewicz.

To wbrew pozorom nie tylko pytanie o personalia. Z pewnością rozgorzeje wojna między nowym premierem i Zbigniewem Ziobrą, do ostatniej chwili sprzymierzonego z Beatą Szydło. To będzie wojna o wpływy, przede wszystkim w państwowym biznesie, trudno, żeby Morawiecki nie pamiętał rozpychającemu się ministrowi sprawiedliwości odebrania PZU. Ale przecież to koalicjant, nader skuteczny w wydzieraniu sobie wpływów. Ważny w obozie, gdzie zawsze popłaca występowanie w roli radykała.

A już potencjalne zderzenie z Macierewiczem (o ile ten zostanie) to coś więcej. Jako wicepremier ambitny bankowiec pozwalał sobie na uszczypliwości wobec zapóźnień MON, choćby w dziedzinie rozstrzygania konkursów na kontrakty. Jeśli teraz Morawiecki zechce być szefem niemalowanym, powinien pójść w tej sprawie na ostro. W imię podstawowej racji, jaka go wyniosła tak wysoko: nadziei na większą efektywność rządzenia. Tylko jak będzie wyglądać walka z człowiekiem, który próbuje zrobić z siebie za życia mit? Co mu przeciwstawić? Liczby? Państwowe konieczności? Nie takim językiem rozmawia się na prawicy.

To tylko przykłady. Wiara w efektywność powinna popchnąć Morawieckiego do setek utarczek: z interesami poszczególnych resortów i wspieranych przez resorty lobbystów, z zachłannością lokalnych działaczy, którzy przecież i tak nie lubią prymusa, którego zawsze mogą nazwać „banksterem”. On sam do tej pory często się wycofywał, szanując obyczaje oparte na zazdrosnym egoizmie poszczególnych i na zasadzie partyjnej nomenklatury. Ale przecież Kaczyński wyznaczył go z dużą dozą odwagi po to, żeby było inaczej, „po nowemu”.

Pytanie tylko, czy sam prezes wie już dziś, jak dalece ma być „po nowemu”, a jak dalece „po staremu”. Pytanie też, jak wielkie ma w sobie pokłady uznania dla człowieka, który porzucił biznesową karierę dla polityki. Historia Kaczyńskiego to historia napięć z ludźmi, których kreował. Tu droga do rozbratu będzie pewnie dłuższa. Nie oznacza to jednak, że za rok, półtora miejsca ich wzajemnych, z pewnością fascynujących rozmów na temat wizji przyszłego państwa i przyszłej społecznej gospodarki rynkowej nie zajmą bolesne przepychanki. A jeśli tak, Morawiecki, dziś szef wielkiego imperium gospodarczego, okaże się prawie bezbronny.

Pytania można zresztą mnożyć. Morawiecki powstrzymywał się od dotykania drażliwych kwestii politycznych, a czasem wręcz szukał okazji do wykazania się kontrolowaną gorliwością, jak wtedy, kiedy wsparł paroma ogólnikowymi zdaniami najskrajniejszą wersję przebudowy sądownictwa. Czy teraz jako człowiek skazany na grę z naszymi partnerami z Unii i spoza Unii nie zauważy, że minimum elastyczności w takich kwestiach bardzo by w Europie, także w relacjach z biznesem, popłacało. A jeśli zauważy, czy zaryzykuje choćby dyskusję z człowiekiem o wiele bieglejszym w politycznych grach. Z człowiekiem, który z wszelkich powodów może dziś w tym duecie dominować.

Intuicyjnie czuję, że Morawieckiego interesuje coś więcej niż rola komiwojażera wysyłanego za granicę, żeby załatwił trochę pieniędzy. Ale można też odnieść wrażenie, że jest zbyt mało doświadczony politycznie i asertywny, żeby zapewnić sobie podmiotową pozycję.

Chyba że... O stanie zdrowia prezesa krążą najróżniejsze pogłoski. Od opowieści o ciężkich dolegliwościach, po domniemanie, że nawet ból kolana posłużył mu jako pretekst, aby samemu nie wziąć władzy. Ale tak czy inaczej wieści, że traktuje Morawieckiego, tak niepasującego kulturowo i statusowo do PiS, jako następcę, zaczęły krążyć. Powtarzane ze zgrozą m.in. przez oponentów wicepremiera – z kręgów premier Szydło czy ministra Ziobry.

Wierzę, że coś takiego mogło przejść Kaczyńskiemu przez myśl. Bo przy swoich nawykach, przy dogmatycznej wizji brania wszystkiego, łącznie z sądownictwem i mediami, pod osobistą kontrolę, jest człowiekiem, który wierzy w modernizację Polski. Musiałby jednak poświęcić tyle swoich wyobrażeń o polityce, że jawi się to jako coś mało prawdopodobnego.

Ale czy kilka tygodni temu ktoś wierzył na serio w Morawieckiego premiera? Polska jest krajem politycznych cudów. ⒸⓅ

>>> Czytaj także: "Nikt nie jest lepszym kandydatem od Morawieckiego" [POLITYCZNE KOMENTARZE]