Z zapowiedzi, które Beata Szydło zawarła w wystąpieniu po objęciu funkcji szefowej rządu, najszybciej zrealizowano te prospołeczne.

W górę minimalne pensje i emerytury

Listę priorytetów otwierał program „Rodzina 500 plus” i stosunkowo szybko – bo już w kwietniu 2016 r. – zaczął działać. To sukces tej ekipy, nie tylko organizacyjny, ale również z punktu widzenia celów, jakie miał wypełnić. Na ocenę jego wpływu na wzrost dzietności jest za wcześnie, ale faktem jest, że liczba urodzeń rośnie. Z danych GUS wynika również, że spadł poziom ubóstwa w rodzinach z dziećmi, co również przypisuje się m.in. wypłacie dodatków. Program nie zostanie sfinansowany – jak zapewniała premier w exposé – pieniędzmi z nowych podatków, w tym handlowego (którego nie udało się wprowadzić). Ale ma to drugorzędne znaczenie, bo inna zapowiedź – poprawa ściągalności VAT – została zrealizowana.

Nieco dłużej zajęło rządowi obniżenie wieku emerytalnego – Sejm uchwalił je pod koniec 2016 r., a nowe zasady zaczęły obowiązywać od października tego roku. Jak dotąd zainteresowanie przechodzeniem na emeryturę jest spore i niewykluczone, że przejdzie na nią większa grupa, niż to zakładał rząd. Problemów ze sfinansowaniem tego w tym roku być nie powinno, bo bardzo dobra koniunktura na rynku pracy zwiększa wpływy ze składek do FUS.

Z tego samego powodu na sucho uszło rządowi wypełnienie innej deklaracji – podniesienia płacy minimalnej do 2 tys. zł i wprowadzenia minimalnej stawki 12 zł za godzinę. Wbrew ostrzeżeniom niektórych ekonomistów nie zwiększyło to bezrobocia.

Beata Szydło dużo mówiła też o potrzebie podniesienia emerytur, co znalazło odzwierciedlenie w podwyżce minimalnego świadczenia do 1000 zł. Zapowiedziała też dyskusję na temat głębszych zmian w systemie emerytalnym, ale żaden oficjalny projekt prywatyzacji części aktywów OFE i powołania pracowniczych planów kapitałowych nie ujrzał jak dotąd światła dziennego.

Premier nie udało się wypełnić obietnicy podniesienia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł, choć był to element planu na pierwsze 100 dni rządu. Kwota wzrosła, ale nie dla wszystkich i nie wszystkim po równo. I to dopiero w dwóch krokach – drugi został wykonany w listopadzie tego roku.

Inną niedokończoną sprawą jest program „Mieszkanie plus”. Miał on być elementem polityki prorodzinnej, ale do tej pory nie udało się go w pełni uruchomić.

Premier deklarowała też reformę oświaty: zrezygnowano z obowiązkowego posyłania sześciolatków do szkół, przywrócono ośmioletnie podstawówki i czteroletnie licea, likwidując jednocześnie gimnazja. Z punktu widzenia rządzącej partii to sukces, bo zmiana odbyła się zgodnie z planem.

Przeprowadzono reorganizację służb skarbowych – powołano Krajową Administrację Skarbową. KAS działa mimo wcześniejszych protestów funkcjonariuszy służby celnej, a tezy o paraliżu organizacyjnym nie mają potwierdzenia w liczbach – poprawa ściągalności podatków nastąpiła.

Gorzej jest z zapowiedzią systemowej zmiany finansowania służby zdrowia. Rząd dopiero w październiku przyjął projekt zakładający systematyczny wzrost nakładów na zdrowie do 6 proc. PKB w 2025 r. I zrobił to pod presją protestów lekarzy rezydentów.

Inwestycyjna porażka

Inwestycje, o których premier dużo mówiła w swoim wystąpieniu, są największą porażką jej rządu. Priorytetem na całą kadencję miał być rozwój, wzniesienie gospodarki na nowy poziom, a fundamentem tego procesu miała być nie tania siła robocza, a właśnie inwestycje. Premier mocno akcentowała konieczność „znacznego” zwiększenia ich udziału w PKB.

– Wynosi on dziś około 20 proc., a to jest niewiele – mówiła, dodając, że Polska pod tym względem nie wytrzymuje porównania z innymi krajami regionu. Premier przekonywała, że aby dorównać poziomem życia krajom Zachodu, zwiększenie poziomu inwestycji jest niezbędne. To miała być jedyna droga do rozwiązania problemu braku godziwie opłacanych i stałych miejsc pracy, który wielu Polaków zmuszał w ostatnich latach do emigracji.

Stopa inwestycji nie tylko nie wzrosła, ale spadła do pułapu nienotowanego od kilkunastu lat. Przez cały 2016 r. inwestycje spadały, w tym roku rosną, ale niemrawo (o 3,3 proc. w III kwartale). Do połowy kadencji nie tylko nie udało się zrealizować głównego celu, ale i nie uruchomiono też kilku szczegółowych projektów. Choć może to i dobrze, bo premier zapowiadała „wykorzystanie stosowanego w Europie systemu LTRO”, a więc udzielania przez bank centralny niskooprocentowanych pożyczek dla banków komercyjnych, za które banki udzielałyby kredytów inwestycyjnych. Polski system bankowy cierpi raczej na nadpłynność niż brak gotówki. Nie zadziałał też drugi pomysł, czyli finansowanie inwestycji przez firmy z własnych środków gromadzonych na bankowych depozytach. Skłaniać je do tego miał system zachęt, m.in. przyspieszona amortyzacja wydatków na inwestycje. Firma może odliczyć jednorazowo nawet 100 tys. zł – z tym, że prawo to działa dopiero od lipca 2017 r.

Z oporami szła również realizacja innych proprzedsiębiorczych zapowiedzi. Rząd miał przygotować plan ułatwień w prowadzeniu działalności gospodarczej i otoczyć firmy instytucjonalną opieką. Ten drugi cel częściowo został zrealizowany po powołaniu Polskiego Funduszu Rozwoju, który jest zbrojnym ramieniem rządu w procesie wspierania rozwoju firm. Ten pierwszy to Konstytucja biznesu, a więc pakiet pięciu projektów ustaw, w tym prawo przedsiębiorców. Rząd przyjął ją dopiero w listopadzie tego roku, choć wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiedział ją rok wcześniej.

>>> Czytaj też: Dlaczego Macierewicz został w rządzie Morawieckiego?