„Pijecie tam alkohol?”, pyta z daleka policjantka Amy Lucas. Zwraca się do grupki składającej się głównie z polskich imigrantów, stojącej na ulicy w zimne grudniowe popołudnie. Zarzekają się, że nie – i uciekają w alejkę. Lucas biegnie za nimi na parking, gdzie konfiskuje dużą butelkę piwa i pozwala im się rozejść. Powiedzieli jej, że są bezdomni i śpią w namiocie w pobliskim lesie.

W Thetford, niewielkim mieście oddalonym o dwie godziny drogi od Londynu, nie jest to niespotykana sytuacja. Skargi na rosnącą liczbę osób pijących na ulicy stały się prawie nierozłączne z narzekaniami na to, że w okolicy osiedliło się zbyt wielu imigrantów z Europy Wschodniej. Na ulicach jest wprawdzie tyle samo pijanych Anglików, chociaż często myli się ich z imigrantami, ponieważ piją tanie, ekstra mocne polskie piwo za funta z pobliskiego wschodnioeuropejskiego sklepu.

„Ludzie uważają, że wszyscy pijący na ulicy są z Europy Wschodniej, ale to nieprawda”, mówi Lucas, która podczas popołudniowego patrolu uświadomiła nam, że prawie wszystkich ich zna z imienia.

Zanim puściła wolno grupę pijących na parkingu, starała się porozmawiać z jedną z osób – 35-letnią Moniką Kołodziej. Ty Edwards, jej brytyjski partner, spędza tak dużo czasu pijąc z Polakami, że zaczął mówić po angielsku z polskim akcentem. Kołodziej ma na sobie zieloną kurtkę, legginsy i pali papierosa. Mówi, że przyjechała tu z Polski dziewięć lat temu. Pracowała w wytwórni boczku, a potem w zakładzie przetwórstwa drobiu. Trzy lata temu straciła pracę i przeszła na zasiłek.

„Piję bo mam depresję”, mówi łamanym angielskim.

Thetford to mikrokosmos podziałów, które doprowadziły do tego, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej i zwiastun tego, jak brexit może wpłynąć na miasta w różnych częściach kraju. Tak jak wiele innych miasteczek w okolicy, w ciągu ostatniej dekady przeszło ono szybką transformację demograficzną. Imigranci z Unii Europejskiej zaczęli masowo przyjeżdżać do tego regionu i pracować na farmach i w wytwórniach mięsa. Wiele osób z Europy Wschodniej mieszkających w Thetford pracuje w pobliskiej firmie drobiarskiej Traditional Norfolk Poultry.

Wielu spośród tych imigrantów zaczyna pakować walizki – chcą wrócić do ojczyzny albo przeprowadzić się do innego kraju UE. Mają dość słabnącego funta, który zmniejsza wartość pieniędzy przesyłanych rodzinie, a także atmosfery niechęci wobec przyjezdnych, która zapanowała po referendum o brexicie.

W ciągu ostatnich 15 lat do Thetford przeprowadziło się około 8 tysięcy osób z Europy Wschodniej. Fala imigracji sprawiła, że populacja miasteczka wzrosła do 27 tysięcy i zmieniła jego codzienne funkcjonowanie – twierdzi burmistrz miasta Denis Crawford, członek Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).

„Idąc ulicą, rzadko słyszy się język angielski”, mówi. „Jedną z moich głównych obaw było to, że tempo imigracji było zbyt duże”.

Dystrykt Breckland, do którego należy Thetford, oddał w 2016 roku 64 proc. głosów za wyjściem z Unii Europejskiej. Wszyscy mówią, że wpłynęło na to postrzeganie imigracji.

„Ludzie uważają, że mamy teraz za dużo mieszkańców”, mówi główny inspektor Paul Wheatley. „Nie powoduje to przestępstw związanych z nienawiścią, ale trudno jest umówić się do lekarza, a szpitale są przepełnione”.

Thetford to pod wieloma względami modelowe angielskie miasteczko. Jest tu pole golfowe, ruiny XII-wiecznego klasztoru i dwa muzea. Jest tu też co najmniej osiem sklepów z polską i litewską żywnością, a większość z nich na reklamach wykorzystuje motyw flagi UE. To dziwny widok w mieście, gdzie większość zagłosowała za opuszczeniem wspólnoty.

>>> Czytaj też: Poszukiwanie triku. Będzie drugie referendum w sprawie brexitu?

Hiwa Osman to 39-letni iracki Kurd i właściciel sklepu z produktami z Polski i Litwy. Mówi, że Litwini mają dwa wschodnioeuropejskie sklepy, a reszta jest w rękach irackich Kurdów – to dobry symbol brytyjskiego miszmaszu kulturowego. Osman myślał, że udało mu się wejść w lukratywny biznes. Teraz sprzedaż spada.

„Brexit źle wpływa na mój interes”, mówi. „Znam kilka rodzin, które wyjechały. Ludzie wydają w sklepie mniej. Boją się, bo nie wiedzą, co ich czeka”.

Naprzeciwko sklepu działa Polish Mama’s Kitchen, gdzie można kupić pierogi i krokiety. Właścicielka, Kaya Wasila-Bingham, nie tryska optymizmem. Kilkanaścioro z jej znajomych wraz z rodzinami wyprowadziło się z powrotem do Polski.

„Bardzo dużo osób planuje wyjechać po Nowym Roku albo po zakończeniu roku szkolnego”, mówi. „Każdy mówi, że można znaleźć lepsze życie w innym kraju. Kurs waluty jest korzystniejszy i będą bliżej domu”.

Pierwszą falą imigrantów z UE byli w latach 90 Portugalczycy. Do dziś mieszka ich w Thetford około 5 tysięcy – mają swój sklep, rzeźnika i kawiarnię. Niektórym nie podoba się to, że po nich przyjechali ludzie z Europy Wschodniej. „Jest ich za dużo”, mówi 51-latek Jorge Martins.

Rob Butler jest prezesem jednej ze spółdzielni mieszkaniowej na obrzeżach miasta. Mówi, że składająca się z około 4 tys. osób społeczność to mieszanina Anglików i osób z Europy Wschodniej. Często rodziny mieszkają obok siebie, ale rzadko mają ze sobą kontakt.

Butler głosował za brexitem, ale nie chce, żeby imigranci wyjeżdżali. „Chciałbym tylko, żeby panowała większa integracja”, mówi. „Przyjezdni mają tendencję do zamykania się w swoich własnych enklawach”.

Zamiast integrować się z Anglikami, Polacy organizują dla dzieci lekcje polskiego w lokalnej świetlicy po szkole i w soboty, na które uczęszcza około 120 dzieci.

W jedno z ostatnich sobotnich popołudni setki osób przyszły z dziećmi na Mikołajki z polskim Mikołajem rozdającym prezenty. Dzieci w wieku szkolnym mówią płynnie po angielsku, ale ich rodzice często mają z językiem problemy – niektórzy wciąż mówią kiepsko po ponad dziesięciu latach w Wielkiej Brytanii.

„To duży problem”, mówi Iwona Paciorkowska, kierowniczka polskiej szkoły językowej, która pracuje też jako tłumaczka. „Wiele osób pracuje na zmiany i ma rodzinę, więc nie ma czasu na naukę angielskiego”.

Jeśli bardzo wielu imigrantów z Europy Wschodniej zdecyduje się na opuszczenie miasta, odbije się to bardzo negatywnie na miejscowych firmach, mówi Victor Lukaniuk, radny hrabstwa z sąsiedniego regionu, przewodniczący polskiego stowarzyszenia. Stopa bezrobocia w dystrykcie Breckland wynosi 3,4 proc., czyli mniej niż średnia w kraju. Nie daje to przedsiębiorstwom dużego wyboru przy poszukiwaniu pracowników.

„Tania siła robocza z Polski od lat utrzymuje ten kraj”, mówi, opierając się o biurko w sali lekcyjnej polskiej szkoły. „Przyjezdni wzięli się tu do roboty. Jeśli kraj się ich pozbędzie, to kto będzie zbierał warzywa? Brexit to największy błąd w historii tego kraju”.

>>> Polecamy: Co porozumienie ws. brexitu oznacza dla Polaków w Wielkiej Brytanii?