Nie bardzo wiadomo, co z deWittem począć” – pisze w posłowiu do „Podmajordomusa Minora”, trzeciej powieści Patricka deWitta, jej polski tłumacz Krzysztof Majer. Nie jest to jednak wyraz bezradności, lecz fascynacji. Najciekawsi są pisarze, których twórczość trudno zdekodować i w pełni rozpoznać. Najbardziej nużący są pisarze łatwi w obsłudze.

Urodzony w 1975 r. na wyspie Vancouver DeWitt debiutował w 2009 r. powieścią „Ablutions” („Ablucje”), mroczną, zaprawioną alkoholem groteską ze świata nocnych barów Los Angeles. Krytykom się podobało, książki nikt nie kupił – dość typowy bieg wydarzeń. Ale dwa lata później deWitt wydał „Braci Sisters” (wyd. pol. 2013), osobliwy, przesycony purnonsensowym, smutnym dowcipem western o płatnych mordercach i gorączce złota w Kalifornii połowy XIX w. Powieść zyskała nominacje do nagrody Amazona dla najlepszej książki 2011 r., ale przede wszystkim wylądowała na krótkiej liście sześciu kandydatów do Bookera (ostatecznie przyznanego wówczas Julianowi Barnesowi za „Poczucie kresu”). W 2015 r. deWitt wykonuje kolejny przeskok gatunkowy i publikuje „Podmajordomusa Minora” (wyd. pol. 2016), ekscentryczną mieszaninę bajki, romansu, powieści gotyckiej, horroru oraz egzystencjalistycznej groteski podszytej chrześcijaństwem i psychoanalizą.

Problem ze zdekodowaniem deWitta polega na tym, w jaki sposób posługuje się on humorem (często czarnym i okrutnym), konwencjami i utrwaloną w kulturze symboliką. Nie chodzi nawet o to, że Kanadyjczyk jest humorystą ponurym – bo humoryści zwykle są ponurzy – ale o to, że potrafi stanąć obok żartu, umie przesunąć znaczenie symbolu w nieoczekiwanym kierunku, a w najbardziej teatralnej, do szpiku kości zdrętwiałej konwencji pokazać prawdę: rzeczywistą krew, wyrwane serce, cierpienie. Nie wspominam nawet o manipulacjach oczywistych, w rodzaju wzbudzenia w czytelniku trwałej empatii względem zabójcy.

DeWitt prowadzi swojego czytelnika wąską ścieżynką po ostrzu noża – po obu stronach zieją przepaście, z lewej nędza przeżutego, rozbabranego dowcipu, z prawej nuda patosu, sztuczności i sarkastycznego dystansu. Być może dlatego ta podróż jest taka ciekawa. Również z tego powodu, że to gra z oczekiwaniami odbiorcy – na poziomie frazy i dialogu, na poziomie dziwacznie rozegranego epizodu, na poziomie fabuły co i rusz skręcającej w zapyziałe ślepe uliczki.

Ale najważniejszy jest humor. Dlatego rozmowę z Patrickiem deWittem zaczynam właśnie od humoru. Mój interlokutor sprawia zresztą wrażenie, jakby był postacią z którejś ze swoich powieści. Wysoki, piegowaty, bardzo szczupły, mówiący cichym, delikatnym głosem. Szczególne połączenie nieśmiałości i stanowczości. Ten człowiek, myślę sobie, opowiada żarty tak, jakby się modlił.

WYWIAD:

Kiedy pan odkrył, że potrafi pan być zabawny jako pisarz?

W sumie zawsze się ku temu skłaniałem. Zanim zacząłem pisać, czytałem – i ciągnęło mnie do takiej literatury: śmiesznej, ale bolesnej. Nic dziwnego, że kiedy wziąłem się za pisanie, to w podobnej tonacji. Odkryłem wówczas jeszcze coś – że nie trzeba unikać humoru, siląc się na powagę. Nie trzeba się bać, że pisząc śmiesznie, napisze się coś głupiego i pozbawionego treści. Bo humor bywa bardzo poważny i przenikliwy, i potrafi ciąć jak skalpel. Czasami to jedyny sposób, by coś sensownego powiedzieć o ludzkim doświadczeniu. Bywa, że to także unikalne narzędzie do zszywania ze sobą różnych pozornie niepasujących do siebie rzeczy i zjawisk. Im jestem starszy, tym większe wrażenie robi na mnie śmiech. Jeżeli jestem w stanie dostarczyć komuś takiego poczucia rozbawienia podszytego niepokojem, ciemnością i smutkiem, uważam swoją pisarską misję za spełnioną. Zdaje mi się, że to jest w miarę zdrowe podejście do życia i sztuki. Jeśli umiesz się śmiać z siebie i ze świata, z tego, jak dziwacznie zabawni potrafią być ludzie, to może jeszcze nie wszystko stracone. Trzeba się śmiać, żeby zatamować płacz.

A jak to było, kiedy pan zaczynał pisać? Młodemu pisarzowi przecież nie wypada być śmiesznym.

Ależ ja początkowo chciałem zachować powagę jako pisarz. Mówić wyłącznie istotne rzeczy, takie dużą literą, wsłuchiwać się w głosy zafrapowanej publiczności. Ale tu wkroczyły do gry nie tyle indywidualne predyspozycje, ile lektury – czytałem rzeczy, które były poważne poprzez humor i dzięki humorowi. Skoro ktoś to umiał zrobić, to właściwie dlaczego ja nie mógłbym? – pytałem sam siebie. A potem, jeśli się ćwiczy, pojawia się pewna rzemieślnicza praktyka: zaczynasz czuć, kiedy coś wyszło ci zbyt poważnie, ale wiesz też, kiedy napisałeś coś skrajnie niemądrego. To jak w malarstwie – wszystko się rozgrywa między światłem a cieniem. Trzeba stale poszukiwać równowagi.

>>> CAŁY WYWIAD W ŚWIĄTECZNYM WYDANIU DGP