W dużym wywiadzie dla świątecznego wydania dziennika "Novi list" Milanović – były socjaldemokratyczny szef rządu Chorwacji w latach 2011-2016 – zapytany o uruchomienie przez Komisję Europejską art. 7 traktatu UE wobec Polski odpowiedział, że „nie darzy sympatią neokonserwatywnych polityków (w krajach) będących nowymi członkami Unii Europejskiej, ale to nie znaczy, że Komisja czy jej wypowiadający się głośno przedstawiciele powinni ich maltretować“.

„Inaczej jednak myślą przedstawiciele KE, którzy we własnych krajach zakończyli kariery polityczne, a teraz jako stróże Unii mają ochotę strzec jej z pałką w ręku, by pomóc sobie w powrocie na polityczną scenę w swoich krajach“ – ocenił Milanović.

„Polityka węgierskich, a zwłaszcza polskich władz byłaby śmieszna, gdyby nie była trochę niebezpieczna i nie stanowiła powrotu do przeszłości, ale obywatele to wybrali. Za dużo tu arbitralności i podwójnych standardów. Po prostu jesteśmy różni, społeczeństwa też, i trzeba się z tym pogodzić“ - dodał.

Na pytanie dziennikarza, poniżej jakich to demokratycznych standardów UE „nie ma prawa zejść“, były chorwacki premier odpowiedział, że „to jest arbitralne tłumaczenie ludzi, którzy nie mają demokratycznego mandatu“.

„Jak Polska urządzi swoje sądownictwo to jej sprawa, dopóki nie będzie to np. replika Związku Radzieckiego, a obecnie nią nie jest. Przeczytałem jedną z opinii Komisji Weneckiej, która w typowym mentorskim, kryptokolonialnym stanowisku kreśli innym, jak powinno wyglądać doskonale społeczeństwo demokratyczne. Kim są ci ludzie i w czyim imieniu przemawiają? Przeszkadzało mi, kiedy w taki sposób pouczało się Chorwację, i nie zgadzam się na takie zachowanie nawet wobec władz w Warszawie“ – odpowiedział premier, dodając, że „takie zachowanie tylko zwiększy poparcie polskich wyborców wobec tak dziwnej polityki“.

Milanović uważa, że w Brukseli dobrze wyszkolone służby biurokratyczne opanowują swoim działaniem coraz większy "segment politycznego i intymnego życia mieszkańców UE".

"Trzeba o tym mówić i stawiać granice, ponieważ ta tendencja sama się nie zatrzyma. Jednym z najbardziej aktualnych problemów UE jest bezgraniczna pretensjonalność brukselskich fachowców i Komisji" - dodał.

Zapytany, jak Chorwacja miałaby głosować w kwestii procedur przeciwko Polsce, Milanović odpowiedział, że powinna zachować dystans.

„Nie powinniśmy się wikłać w ten wir. (...) Chorwacja nie powinna prowadzić tego rodzaju wojny kulturowej z innymi państwami. Wystarczą nam nasze obecne i narastające problemy“ – powiedział. Jak dodał, jest jasne, że Unia nie ma większości w kwestii sankcji przeciwko Polsce i „byłoby bez sensu, gdyby ją miała“.

Były premier powiedział także, że Chorwacja powinna się powstrzymywać od „śmiesznych inicjatyw takich jak Trójmorze“. „To Warszawa stawia się Berlinowi i Moskwie. Po co nam to nieszczęsne Trójmorze? Mamy swoje morze i powinniśmy wiedzieć, gdzie jest nasze miejsce“ - powiedział.

Zoran Milanović był premierem Chorwacji od grudnia 2011 roku do stycznia 2016 roku, kiedy przewodził koalicji socjaldemokratów (SDP) z liberałami z Chorwackiej Partii Ludowej oraz z Demokratycznym Zgromadzeniem Istrii i Chorwacką Partią Emerytów.

Rząd przegrał wybory parlamentarne w końcu 2015 roku. We wrześniu 2016 roku po nieudanej próbie powrotu do władzy w przedterminowych wyborach parlamentarnych Milanović przestał być szefem SDP, a jego miejsce zajął Davor Bernardić. Milanović założył firmę konsultacyjną i doradzał premierowi Albanii Ediemu Ramie.

Latem br. chorwackie media pisały, że Milanović rozważa kandydowanie na urząd prezydenta Chorwacji w wyborach w 2019 roku.

Wywiad z Milanoviciem w bliskim socjaldemokratom dzienniku "Novi list" pojawił się w czasie, gdy najnowsze sondaże pokazują rekordowo niskie poparcie dla SDP. Jednym z powodów prawdopodobnie jest wewnętrzny konflikt w partii między Bernardiciem a przeciwnymi mu frakcjami, który trwał kilka miesięcy i zakończył się zwycięstwem Bernardicia.

>>> Czytaj też: To chichot historii, że KE ukarała właśnie Polskę, a nie Węgry [OPINIA]