Mam wrażenie, że dziś boimy się bardziej niż nasi przodkowie w czasach pierwotnych. Oni mieli przed sobą proste wybory: zjeść lub zostać zjedzonym, zabić kogoś i przeżyć bądź odwrotnie. Nas, sytych i bogatych, zjada strach. W jednym z pana tekstów przeczytałam, że nasza epoka jest nowym średniowieczem...

Nie da się ukryć, że wraz z rozwojem cywilizacji liczba i natężenie lęków rosną. Pani mówi o kulturze zbieracko-łowieckiej, prehistorii ludzkości, o tych czasach zachowało się mało danych. Jednak te, które przetrwały, pozwalają sądzić, że naszym przodkom lęki również nie były obce. Te pierwotne, związane z kwestią przeżycia i reprodukcji rozumianej jako możliwość przekazania swojego DNA, jak i bardziej złożone, egzystencjalne. Przetrwało np. nieco masek, których ludzie używali przy rozmaitych okazjach. Już samo to możemy zinterpretować jako chęć ukrycia się przed niebezpieczeństwem. Albo próbę odstraszenia zła, które się gdzieś tam czaiło.

Można przypuszczać, że siła rażenia maski miała charakter magiczny, miała odstraszać nieszczęście, przeznaczenie.

Mogło tak być. Bo faktycznie liczyło się przeżycie. I do późnego średniowiecza sytuacja była prosta, w każdym razie jeśli chodzi o funkcjonowanie w grupie – w cenie było bohaterstwo, a nie demonstrowanie strachu. Samiec miał poważanie, jeśli był odważny, zwyciężał lub ginął w walce. Jednak ten imperatyw dotyczył warstw uprzywilejowanych. Wojowników, władców, duchownych, szlachty. Natomiast na pewno nie pospólstwa, które miało być uległe. I tę uległość wymuszano zastraszaniem. Warstwy uprzywilejowane – postrzegające siebie jako świadome podmioty życia społecznego – robiły wszystko, żeby tych swoich poddanych wpędzić w stupor, żeby żadnemu nie przyszło do głowy, że w jego życiu może chodzić o coś więcej niż o przetrwanie. Jednak nawet w przypadku tych możnych wszechobecny dziś strach przed śmiercią nie istniał. Ginięcie w boju było wpisane w los, uważano je za cenę życia. Panował determinizm – coś, los albo Bóg, decydowało o tym, co się wydarzy, a człowiekowi pozostawało jedynie bycie odważnym i przyjmowanie tego w pokorze. To się zmieniło dopiero wówczas, kiedy do świadomości ludzi weszło pojęcie ryzyka.

Ryzykiem było przecież uczestnictwo w wyprawach krzyżowych albo ścieranie się z wrogiem na swojej ziemi, żeby jej bronić.

Nie postrzegano tego wówczas w ten sposób. Po prostu – rzeczy działy się, tak jak od setek lat. Nadciągali wrogowie, trzeba było ich powstrzymać lub zginąć. Albo jechać tam, gdzie na nas czekali. Pojęcie ryzyka pojawiło się wraz z powstaniem bankowości, a także wraz z wyprawami geograficznymi. Te miały poszerzyć mapę znanego, ograniczonego do tej pory świata, w którym było może i niebezpiecznie, ale to ryzyko było przewidywalne. A teraz wszystko się skomplikowało: włożysz pieniądze do systemu, możesz zyskać, ale możesz również stracić. Płyniesz na wyprawę, lecz nie wiadomo, dokąd dopłyniesz. Możesz się wzbogacić, bo przywieziesz cenne przyprawy, ale jest opcja, że stracisz ładunek. Nasze życie przestało być zdeterminowane przez Opatrzność, zaczęło zależeć od wyborów.

Ludzie ryzykowali i kalkulowali zagrożenie od zawsze, nie potrzebowali banków, aby zrozumieć, że ich decyzje mogą mieć różne skutki.

To prawda, ale będę się upierał przy tym, że koincydencja tych dwóch elementów stanowiła przełom, jeśli chodzi o życie społeczne. Nasz strach miał zawsze dwa podłoża. Pierwsze zewnętrzne, kojarzone z obcymi, ich ingerencją w ustalony porządek. To byli Arabowie, Żydzi czy w ogóle innowiercy – dobrym przykładem jest reformacja i wojny religijne. Ci „obcy” chcieli zaburzyć porządek naszego świata, zrujnować wszystko, co bliskie i oswojone, a Kościół podżegał do walki, obudowywał wszystko religijnie. Do tych zagrożeń zewnętrznych dochodziły kolejne, płynące ze znanego otoczenia – a więc choćby epidemie, walki o władzę w najbliższym otoczeniu, czarownice. Jest takie źródło z XVI w. pt. „Catalogus haereticorum”, które zawiera 96 kategorii przeciwników i 432 odmiany herezji, które były źródłem obaw ówczesnych Europejczyków. Dodano jeszcze 32 „herezje nieokreślone”.

Treść całego wywiadu można przeczytać w piątkowym wydaniu DGP.

>>> Czytaj również: Bicie po twarzy, przekleństwa, kabaret. Czyli coaching nasz powszedni