Rumunia jest kolejnym krajem Europy Środkowej, którym interesuje się Komisja Europejska. Bruksela krytykuje ustawy zmieniające zasady działania wymiaru sprawiedliwości i propozycje nowelizacji kodeksu karnego, które przedstawili rządzący krajem postkomuniści z Partii Socjaldemokratycznej (PSD) i liberałowie (ALDE).

Jest ryzyko, że znajdziemy się w sytuacji Polski – komentował prezydent Rumunii Klaus Iohannis w wywiadzie podsumowującym rok, którego obszerne cytaty opublikował dziennik „Adevărul”. – Jeśli ktoś wierzy, że nieprzejrzysta zmiana prawa dotyczącego wymiaru sprawiedliwości pozostanie bez konsekwencji, spadł z księżyca – dodawał.

Głowa państwa ustawy może podpisać lub zawetować i odesłać do parlamentu, w którym PSD i ALDE mają większość. Decyzję ma podjąć do połowy stycznia. Iohannis kwestionuje nie tylko ich treść, ale i tryb, w jakim były przyjmowane (przy drzwiach zamkniętych i bez udziału opozycji). W połowie grudnia Komisja Europejska zażądała, by proces legislacyjny był „przejrzysty, otwarty i konstruktywny”. Zalecono konsultacje z Komisją Wenecką. Zaniepokojenie wyraziło również siedmiu ambasadorów akredytowanych w Bukareszcie. Dyplomaci z Belgii, Danii, Finlandii, Francji, Niemiec, Holandii i Szwecji napisali, że „wszystkie strony zaangażowane w proces reformy wymiaru sprawiedliwości powinny powstrzymać się od działań, które mogą naruszyć jego niezależność i walkę z korupcją”. Podobne stanowisko zajęły Rada Europy i amerykański Departament Stanu.

PSD – w przeciwieństwie do strategii, którą przyjął rząd Prawa i Sprawiedliwości – markuje pełną współpracę z zagranicą. Przekonuje, że w każdej chwili i dla każdego rządu UE jest w stanie przetłumaczyć na język narodowy nowe przepisy, aby udowodnić, że nie ma zagrożenia dla funkcjonowania państwa prawa. W ubiegłą środę premier Mihai Tudose spotkał się z przedstawicielami 43 organizacji pozarządowych skupionych wokół koalicji #Rezist, aby wytłumaczyć sens zmian. Jeden z jej liderów – Mihai Poliţeanu – nie dał się jednak przekonać. Jego zdaniem Rumunia odchodzi od standardów demokratycznego państwa prawa. – Protesty i jeszcze raz protesty, aż proponowane rozwiązania nie zostaną zastopowane w całości – powiedział po spotkaniu.

Kontrowersyjne propozycje zakładają m.in. depenalizację przestępstw popełnionych w czasie pełnienia funkcji publicznej, jeśli straty wynikające z nich są niższe niż 200 tys. euro. Parlamentarzyści rządzącej koalicji proponują również obniżenie wysokości wyroków za korupcję (zagrożone byłyby karą od roku do pięciu lat, a nie jak dziś od dwóch do siedmiu; wyroki do trzech lat mogłyby być odsiadywane w domu) i zniesienie zakazu kandydowania na urząd prezydenta przez osoby skazane prawomocnym wyrokiem sądu. Deputowani chcą również, by prokurator miał obowiązek informowania podejrzanego o korupcję o prowadzonej sprawie. Miałby on również prawo do uczestniczenia w przesłuchaniu świadków. Z kolei premier zyskuje szerokie uprawnienia przy obsadzaniu stanowisk prokuratorskich. Również tych zajmujących się korupcją.

W styczniu ub.r. zaproponowano podobne rozwiązania. Ostatecznie wycofano się z nich po masowych protestach, które przetoczyły się przez Bukareszt (stanowisko stracili wówczas premier Sorin Grindeanu i minister sprawiedliwości Florin Iordache). Według rumuńskiej opozycji prawo jest pisane „pod” lidera PSD i zarazem przewodniczącego niższej izby parlamentu (Izby Deputowanych) Liviu Dragnea, który został oskarżony o zdefraudowanie funduszy unijnych (ale w kwocie niższej niż 200 tys. euro). Jest to polityk, który z tylnego siedzenia kieruje rządem – sam nie mógł objąć urzędu premiera w związku z ciążącymi na nim zarzutami o nadużycia wyborcze. Mimo że formalnie nie pełni żadnej funkcji, pochodzący z munteńskiej wsi Gratia Dragnea realnie sprawuje władzę w Rumunii. ⒸⓅ

Prezydencja naznaczona korupcją

Od 1 stycznia prezydencję w Unii Europejskiej przejmuje Bułgaria, która według Transparency International jest najbardziej skorumpowanym krajem Wspólnoty. Do dziś nie wyjaśniono skandalu z udziałem czwartego pod względem wielkości Banku Korporacyjno-Komercyjnego, którego upadek w 2014 r. zatrząsł państwem. Zarówno Bułgaria, jak i Rumunia od dekady są poddane unijnej procedurze CVM (współpracy i weryfikacji), której celem jest walka z korupcją. Jej rezultaty są mierne. Mimo tego Komisja Europejska entuzjastycznie wypowiada się o Bułgarii. Jej przewodniczący Jean-Claude Juncker przekonywał w listopadzie, że kraj jak najszybciej powinien przyjąć euro. Rząd Bojko Borisowa nie kwestionuje sensu mechanizmu kwot uchodźczych. Nie forsuje również kontrowersyjnych rozwiązań w wymiarze sprawiedliwości i zapewnia względną stabilność.

Według Open Society European Policy Institute (OSEPI) dobre notowania Sofii w Brukseli mają związek z brexitem i procedurą wynikającą z art. 7 wobec Polski. Jeśli państwo Wspólnoty nie generuje problemów fiskalnych i bierze udział w rozwiązywaniu problemów (jak migracje), nie naraża się na naciski ze strony KE. W przypadku Bułgarii drugorzędne znaczenie dla KE ma nie tylko korupcja, ale i fakt, że rząd tworzy ksenofobiczny Narodowy Front Ocalenia. Ich lider i zarazem wicepremier Waleri Simeonow porównywał romskie kobiety do „ulicznych psów”. Podczas swoich oficjalnych wystąpień Romów, którzy w 7,2-milionowej Bułgarii mogą stanowić liczącą nawet 800 tys. mniejszość, określał mianem „bezczelnych” i „dzikich”.

>>> Polecamy: Rośnie liczba mieszkańców Czech. Głównie dzięki imigrantom