Nasze żądania zbywano zbyt długo – skarżył się Jaser, mieszkaniec irańskiego miasta Talesz. – Demonstranci są umiarkowani, nie są sabotażystami. Niektórzy mają doktoraty, a inni magisterium. Chcą mieć pracę, dochody, chcą się ożenić. Żaden z nich nie zasługuje na kulę – dorzucał.

Każdy z demonstrujących dołącza do protestów z własnych powodów. Sanaz stracił oszczędności w parabanku i, jak twierdzi, urzędnicy nie zainteresowali się przekrętem, zaś Jaser od miesięcy szuka pracy. Jeszcze inni mają dosyć drożyzny: koszty utrzymania zaczęły ostatnio przytłaczać zarówno najbiedniejszych, jak i klasę średnią – zresztą w irańskich warunkach różnica nie jest wielka.

– Represje, po jakie sięgnęły instytucje mianowane przez Najwyższego Przywódcę, ajatollaha Chamenei, sprawiają, że cała krytyka i protesty zaczynają być kierowane w jego stronę – twierdzi Arash z Teheranu. – Przywódcy naszego kraju powtarzają, że protesty powinny mieć cywilizowaną formę, ale czy pozwolili na stworzenie partii? – pyta retorycznie. – Chcemy reformy, nie rewolucji – sekunduje mu Zahra. – Nie chcemy ściągać do Iranu przywódców spoza kraju i dawać im władzy, jak stało się w 1979 r. Chcemy reformy, która powstrzyma całe to nieszczęście – kwituje. To aluzja do haseł, które pojawiły się na niektórych demonstracjach: by ściągnąć do ojczyzny żyjącego na emigracji syna ostatniego szacha Iranu.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP