Zakwestionowanie neoliberalnego paradygmatu oraz kryzys ekonomiczny 2008 r. spotęgowały zainteresowanie tematem nierówności. Lecz choć podejmowany bywa on coraz częściej, nie dla wszystkich jest jasny. Nieoczywista jest sama definicja nierówności. Szeroka interpretacja wykracza poza kwestie dysproporcji materialnych, ale nawet ograniczenie się do tych ostatnich nie prowadzi do jednoznacznej identyfikacji.

Jeżeli przyjmiemy, że najważniejsze są nierówności „netto” – a więc w wyliczeniach trzeba uwzględnić zarówno zapłacone podatki, jak i otrzymane w naturze świadczenia – to konieczne będzie przyjęcie jakiejś konwencji ustalania dochodów. Indywidualne obciążenia podatkiem dochodowym można zarejestrować, ale jak rozliczyć podatki pośrednie? Wydatki na edukację można przypisywać do konkretnych gospodarstw domowych, ale jak rozdzielić publiczne wydatki na ochronę zdrowia? Nie ma sensu (nawet gdyby technicznie było to możliwe) rozliczać wydatków poniesionych na konkretne leczenie, a jednocześnie zaliczenie do dochodów każdej osoby jednakowej części publicznych nakładów na zdrowie również budzi wątpliwości.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Do tego dochodzi problem z dotarciem do informacji na temat wysokości dochodów pieniężnych i wartości zasobów majątkowych. Pochodzą one z reguły z badań budżetów gospodarstw domowych, wiadomo jednak, że wiarygodność danych – szczególnie pochodzących od najzamożniejszych i najuboższych gospodarstw domowych – jest wątpliwa. Najbogatsi często nie chcą przyznać, że są aż tak zamożni, a biedni, że są aż tak ubodzy. Można przyjąć, że rzeczywista rozpiętość dochodów pieniężnych jest większa, niż wynika z deklarowanych danych gospodarstw domowych. Lecz jaka to różnica? Z różnych powodów jeszcze trudniej wiarygodnie ustalić nierówności majątkowe.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP