Milion pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Mniej spalin i większe zyski dla producentów energii. Pobudzenie rozwoju gospodarki przez wspólne wysiłki przemysłu i nauki zaangażowanych w produkcję ogniw elektrycznych. Zdaniem rządu Mateusza Morawieckiego ten śmiały plan przekierowujący nas ku elektromobilności zaczyna się ziszczać. W dużej mierze za sprawą skierowanej właśnie do Sejmu ustawie wprowadzającej system zachęt dla potencjalnych kupców aut elektrycznych.
W myśl projektu posiadacz elektryka zyska wiele przywilejów: będzie mógł jeździć buspasem, parkować za darmo tam gdzie inni muszą płacić, i wjeżdżać tam, gdzie za wzjad spalinowym śmiertelnikom będzie groził mandat – bo ustawa pozwala gminom na tworzenie stref czystego transportu, do których nieograniczony dostęp będą miały tylko samochody nisko- i zeroemisyjne. Trochę też zaoszczędzi, bo elektryczne auta zostaną zwolnione z akcyzy. Przede wszystkim zaś nareszcie będzie miał gdzie się naładować, bo w myśl ustawy liczba punktów ładowania ma wzrosnąć w ciągu najbliższych dwóch lat do 6 tys. Oznacza to, że niebawem będzie ich mniej więcej tyle, ile jest dzisiaj stacji benzynowych.
Ale to tylko część planu. Już dwa lata temu utworzono spółkę celową ElectroMobility Poland. Z budżetem w wysokości 10 mln zł ogłosiła w listopadzie 2017 r. konkurs na prototyp auta elektrycznego – rozstrzygnięcie pod koniec lutego. Równolegle temat zaatakowała Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, inicjując w październiku 2017 r. konkurs na akcelerator biznesu Elektro ScaleUP. Za jego sprawą kolejne 10 mln zł trafi do 30 start-upów, które dostaną granty od 100 tys. do 500 tys. zł. Jeśli dodać do tego Fundusz Niskoemisyjnego Transportu, który finansowany z podatku akcyzowego od paliw silnikowych ma wspierać tworzenie infrastruktury i rynku paliw alternatywnych (ciągle nie wiadomo jak dużym budżetem), rzecz robi się poważna. Lub przynajmniej takie sprawia wrażenie, bo zanim uwierzymy w plany, warto przypomnieć sobie, gdzie jesteśmy.
Reklama