Co teraz zrobi? Decyzja zapadnie najprawdopodobniej w czwartek podczas spotkania przewodniczącego Antonio Tajaniego z szefami grup politycznych w PE. Chodzi o artykuł 7 Traktatu o UE: w listopadzie Strasburg przyjął rezolucję, w której zagroził użyciem „opcji nuklearnej”. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia uprzedziła go jednak Komisja Europejska. Wobec tego posłowie zaczęli się zastanawiać, co robić dalej.

Europarlament zdaje się na Komisję

Zgodnie z pierwotnym zamierzeniem głosowanie nad artykułem 7 miałoby się odbyć w Strasburgu po przygotowaniu sprawozdania na temat stanu państwa prawa w Polsce, do czego w rezolucji z 15 listopada europosłowie zobowiązali Komisję Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych. Jak podała wczoraj Polska Agencja Prasowa, szefowie grup politycznych podjęli jednak decyzję o zaniechaniu prac nad dokumentem (przystąpiono do nich na początku grudnia). W zamian chcą przyjęcia nowej rezolucji w sprawie Polski.

– Przyczyna jest prosta: od listopada wiele się zmieniło. Przede wszystkim wniosek w sprawie artykułu 7 już jest, więc nie ma się co powielać. W kraju jest nowy rząd. Premier Morawiecki odbył wizytę w Brukseli. Co więcej, Polska ma trzy miesiące na ustosunkowanie się do zastrzeżeń Komisji. W związku z tym szefowie grup politycznych zdecydowali, że muszą dostosować się do tego stanu – tłumaczy europoseł Michał Boni.

Były minister zaznacza jednak, że nie oznacza to, iż Strasburg odpuścił Warszawie kwestię państwa prawa. Jego zdaniem nowa rezolucja (która może być przyjęta już w lutym) najprawdopodobniej zobowiąże Komisję Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych do wyznaczenia posła sprawozdawcy, którego zadaniem będzie monitorowanie wymiany zdań między Warszawą a Brukselą.

Łatwiej o poparcie połowy niż dwóch trzecich

Jeśli spór o państwo prawa przeniesie się ostatecznie na forum Rady Unii Europejskiej (w ramach tego forum spotykają się ministrowie państw członkowskich), to do podjęcia decyzji o zagrożeniu dla europejskich wartości ciało to będzie potrzebowało zgody parlamentu. Głosowanie w tej sprawie odbędzie się zwykłą większością głosów, a eurodeputowani wysłuchają najpierw posła sprawozdawcy ze wspomnianej już Komisji Wolności Obywatelskich.

Jak jednak wskazuje Ryszard Czarnecki, europoseł z Prawa i Sprawiedliwości, możliwe jest, że na decyzję szefów grup politycznych ze Strasburga wpłynęły jeszcze inne względy. – Parlament nie zrezygnował z dotychczasowych działań, bo nagle zapałał szczególną miłością do Polski, tylko dlatego, że do uruchomienia artykułu 7 przez Strasburg wymagana jest większość dwóch trzecich głosów – a tylu by nie zebrano – mówi polityk.

Przypomnijmy: artykuł 7 uruchamia się poprzez skierowanie do Rady UE „uzasadnionej propozycji”, a mogą to zrobić albo Komisja Europejska, albo parlament, albo jedna trzecia państw członkowskich. Teoretycznie Strasburg mógłby przegłosować przyjęcie propozycji bez względu na to, że zrobiła to już Komisja – chociażby po to, aby wysłać silny, polityczny sygnał. Czarnecki zwraca jednak uwagę na wyniki głosowania nad listopadową rezolucją, za przyjęciem której opowiedziało się 438 posłów. To kilkadziesiąt głosów za mało do osiągnięcia większości dwóch trzecich w liczącym 751 deputowanych parlamencie – jeśli oczywiście na tej podstawie można wyciągać wnioski co do szans na przyjęcie przez Strasburg „uzasadnionej propozycji”.

– Nie wydaje mi się, żeby w grę wchodziły jakieś ukryte powody. Parlament raczej potwierdza swoją gotowość w tej sprawie – komentuje powyższy scenariusz Danuta Hübner, europosłanka Platformy Obywatelskiej.

Kompromis albo... to dopiero się okaże

Deputowani z pewnością dostrzegli też polską ofensywę dyplomatyczną w sprawie artykułu 7. Premier Mateusz Morawiecki spotkał się z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jeanem-Claude’em Junckerem. Na niedzielny wieczór zaś zaplanowane jest spotkanie nowego ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza z wiceszefem KE Fransem Timmermansem. – Chciałbym poznać jego poglądy, będę go słuchał uważnie. Cieszę się z faktu, że chce dialogu. To krok we właściwym kierunku – mówił wczoraj wiceprzewodniczący Komisji.

Jak niedawno pisaliśmy na łamach DGP, istnieje kilka potencjalnych pól kompromisu, które pozwoliłyby obydwu stronom zakończyć spór z twarzą. Chodzi o poszczególne zapisy – np. w ustawach sądowych – które można byłoby zmienić lub usunąć, wykonując w ten sposób ukłon wobec Komisji. Przykładem jest chociażby skarga nadzwyczajna, która umożliwia podważenie prawomocnych wyroków zapadłych w ciągu ostatnich 20 lat. Rząd mógłby zaproponować znaczące jej ograniczenie, w skrajnym przypadku – nawet likwidację (chociaż stanowi realizację jednego z postulatów wyborczych Prawa i Sprawiedliwości, a do ustaw trafiła za sprawą prezydenta).

Jednak nawet jeśli uda się osiągnąć jakiś kompromis, to spór o państwo prawa w Polsce może mieć długofalowe i nieodwracalne konsekwencje. Chodzi m.in. o kwestię powiązania wypłaty środków unijnych ze stanem praworządności w państwach członkowskich. Warto pamiętać, że Komisja po raz pierwszy zaniepokoiła się stanem praworządności w Polsce dwa lata temu. Tak długo trwający bez rozwiązania spór mógł zachęcić niektórych partnerów w UE do obmyślenia mechanizmu, jaki zabezpieczałby przez podobną sytuacją w przyszłości.

– Nigdy jeszcze refleksja nad tym nie była tak zaawansowana. Słyszałam od kilku różnych profesorów, że zgłaszały się do nich rządy poszczególnych państw członkowskich z prośbą o przygotowanie w tej sprawie opinii prawnych – mówi Hübner. Była komisarz zwraca jednak uwagę, że przeciw temu rozwiązaniu wciąż podnoszony jest poważny argument, którego sama jest zwolennikiem. – To karanie społeczności lokalnych za nieodpowiedzialne działania rządów. Nie tędy droga, żeby uniemożliwiać im za to przeprowadzenie jakichś inwestycji – mówi Hübner.

>>> Czytaj też: Polska jest ważnym krajem UE i przyjacielem Bułgarii. "Może liczyć na nasz obiektywizm"