Pierwszy rzut oka na okładkę książki Anthony'ego McCartena „Czas mroku” wystarcza, by rozpoznać jej bohatera: elegancko ubrany, łysiejący mężczyzna, z wydatnym brzuchem, podwójnym podbródkiem, cygarem w zaciśniętych ustach. Jednak drugie spojrzenie wyprowadza z błędu: to nie Winston Churchill, ale Gary Oldman, wybitny aktor, który zagrał brytyjskiego premiera we wchodzącej właśnie na ekrany kin ekranizacji książki.

Nie jest to rodzimy pomysł – większość przekładów „Czasu mroku” ukazuje się na świecie równolegle z premierą filmu, a na okładkach zamieszczono promocyjne zdjęcia Oldmana. Popkultura wymieszana z historią do tego stopnia, że czasami trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Zresztą nowozelandzki pisarz i dramaturg McCarten pracował jednocześnie nad książką i nad scenariuszem filmu, z którego siłą rzeczy pewne wątki musiały wypaść. Fabuła obu skupia się zaś na pierwszych tygodniach rządów Churchilla – od objęcia urzędu do zakończonej sukcesem ewakuacji brytyjskich żołnierzy z Dunkierki. To wtedy, sugeruje McCarten, zniknął Churchill – polityk, a narodził się – mąż stanu.

Mobilizacja języka

W 2010 r. brytyjskie media donosiły, że Churchill trafił na muzyczne listy przebojów. Fragmenty jego wystąpień wykorzystała orkiestra Royal Air Force, nagrywając płytę z okazji 70. rocznicy bitwy o Anglię. To nie był debiut Winstona w notowaniach najlepiej sprzedających się płyt: krążek z jego przemówieniami trafił do zestawień już w 1965 r., krótko po jego śmierci.

Tak Anglicy kochają Churchilla. W 2002 r. w zorganizowanej przez BBC ankiecie uznali go za rodaka wszech czasów. Ale czym zapracował na status gwiazdy popkultury?

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.

ⒸⓅ