Część komentatorów wskazuje, że istotnym czynnikiem wpływającym na skalę konfliktu polsko-izraelskiego jest nieuregulowana kwestia reprywatyzacyjnych roszczeń do majątku pozostawionego przez polskich Żydów na terenie Polski. Niewątpliwie stosunek naszych władz do byłych właścicieli znacjonalizowanych nieruchomości pozostawia, mówiąc eufemistycznie, wiele do życzenia. Nie dotyczy to tylko potomków polskich Żydów, także Polacy są od dziesięcioleci gorzej traktowani niż pozbawieni własności obywatele państw zachodnich. Ci ostatni w ramach umów indemnizacyjnych otrzymali odszkodowania jeszcze w czasach PRL.

Środowiska polskich i żydowskich właścicieli od lat domagają się kompleksowej regulacji reprywatyzacyjnej. W odpowiedzi na te głosy premier Donald Tusk podczas spotkania z przedstawicielami organizacji żydowskich w marcu 2008 r. w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku zapowiedział, że „problem zwrotu prywatnego mienia żydowskiego w Polsce zostanie rozwiązany jeszcze w tym roku”. Szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak doprecyzował, że koordynujący projekt wiceminister dostał polecenie, aby przyspieszyć prace – aby do jesieni 2008 r. projekt został przedstawiony Sejmowi. Tusk rządził przez kolejne 7 lat, ale w tym czasie nie uchwalono żadnej kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej.

Za to w tym czasie przyspieszeniu uległ proces dzikiej reprywatyzacji, której beneficjentem jest grupa skorumpowanych polityków, urzędników, sędziów, adwokatów i zwykłych gangsterów. Trudno wyobrazić sobie, co czuli bardzo wpływowi uczestnicy spotkania z Tuskiem w Nowym Jorku, gdy kilka lat po nieprawdziwych deklaracjach polskiego premiera dowiedzieli się, że majątek rodziny Oppenheimów został „zreprywatyzowany” przez rodzinę wiceszefowej PO i prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Dowiedzieli się też, że tego typu proceder to nie pojedynczy przypadek. W takiej sytuacji trudno oczekiwać, żeby strona żydowska okazywała zaufanie i pozytywny stosunek do władz polskich.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP