Gdyby zapytać o politykę społeczną PiS, każdy z nas wskazałby na program 500+. Niektórzy dodaliby obniżenie wieku emerytalnego, podwyżkę minimalnej pensji i wprowadzenie stawki godzinowej na umowach-zleceniach czy bezpłatne leki dla seniorów.

Jednak to projekty zainicjowane w pierwszym roku po zwycięskich wyborach. A partia Jarosława Kaczyńskiego rządzi Polską już 27 miesięcy. I co ciekawe – to miniony rok obfitował w działania zwiastujące odejście od tego, co zapowiadano w kampanii i co realizowano po przejęciu rządów.

Pieniądze na dobry początek

Jeśli spojrzymy na obietnice społeczne w programie wyborczym PiS, to da się zauważyć dominację działań finansowych. Przekształcenia instytucjonalne czy rozwój usług społecznych pozostawały wyraźnie w cieniu. Było to politycznie racjonalne – jeśli reformy socjalne miały być paliwem potrzebnym do zdobycia i utrzymania władzy, trafny był wybór środków, których skutki odczujemy w portfelach, a które dla rządzących były mało skomplikowane w konstrukcji i wdrażaniu. Ale nacisk na działania odnoszące się do sfery dochodowej mógł wynikać z jeszcze jednego powodu: odwołania do – nie zawsze w sposób w pełni uświadomiony – wrażliwości i ideologii konserwatywnej rządzącej partii i części jej elektoratu. Co ważne, ów konserwatyzm polityki społecznej jest teraz słabiej widoczny niż zaraz po przejęciu władzy.

By to dostrzec, warto sięgnąć po perspektywę analizy, która nieobecna jest w naszej debacie publicznej. Chodzi o typologie modeli polityki społecznej z odniesieniem do ideologii politycznych – takie podejście zastosował duński socjolog Gosta Esping-Andersen. W krajach Zachodu da się wyróżnić trzy modele polityki społecznej – liberalny, konserwatywny i socjaldemokratyczny – a różnica między nimi polega nie tyle na gwarantowanej opiekuńczości lub jej braku, ile na tym, jaki porządek społeczny wspierają. W kontekście tego, co się dzieje u nas, interesujące jest napięcie między modelem socjaldemokratycznym a konserwatywnym. Widać to zwłaszcza w polityce prorodzinnej, która stała się głównym polem socjalnej aktywności państwa.

W podejściu konserwatywnym rozwiązania wspierające rodzinę utrwalają tradycyjny model – z męskim żywicielem i kobietą oddającą się obowiązkom domowym, czemu mogą służyć hojne uprawnienia macierzyste czy świadczenia pieniężne, które kompensują ewentualny koszt rezygnacji z życia zawodowego na rzecz roli wychowawczo-opiekuńczej. Hojne finansowanie i organizowanie instytucji opieki przez państwo jest w tym modelu raczej niewskazane, a w najlepszym razie ten typ wsparcia jest uzupełniający i drugoplanowy. Z kolei w podejściu socjaldemokratycznym nacisk kładziony jest na równouprawnienie kobiet i mężczyzn, w tym na rynku pracy, czemu służy m.in. rozwój instytucji opieki nad dziećmi.

Jeśli spojrzymy na rozkład akcentów w polityce PiS, to widać, że partii bliżej do modelu konserwatywnego niż socjaldemokratycznego, co też nie dziwi, jeśli znamy profil ugrupowania (stosunek do in vitro, aborcji, konwencji antyprzemocowej etc.). Trzeba jednak od razu zrobić zastrzeżenie. Po pierwsze – oparcie polityki społecznej na transferach pieniężnych, a nie na publicznych usługach wydaje się trwałą cechą rodzimej polityki społecznej, odróżniającą ją od krajów Zachodu. Co prawda rządy PO-PSL próbowały to równoważyć, podejmując działania w sferze usług (np. radykalnie podnosząc udział dzieci w edukacji przedszkolnej), ale dominacja wsparcia pieniężnego pozostała. Po drugie – rząd PiS, choć początkowo nie stawiał na żłobki czy inne instytucje opieki, nie wycofał się z tego, co zainicjowali poprzednicy. Zasadnicze programy rządowe mające wspierać rozwój instytucji opieki nad małymi dziećmi zostały podtrzymane. Nieco je zmodyfikowano, przy okazji zmieniając nazwy – program wspierający zakładanie żłobków to już nie „ Maluch”, lecz „ Maluch plus”.

Mimo wszystko w debacie publicznej ten obszar nie był wyeksponowany i specjalnie rozwijany. Do czasu.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.