Premier Mateusz Morawiecki mówił niedawno, że o strefie euro możemy pomyśleć, gdy nasz dochód rozporządzalny (czyli kwota już po zapłaceniu podatków i składek ubezpieczeniowych) osiągnie 80–90 proc. dochodu najbogatszych krajów strefy euro. Dla Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS, granicą, która pozwoliłaby przyjąć wspólną walutę, jest – a przynajmniej było rok temu – 85 proc. produktu krajowego brutto Niemiec. Takie deklaracje powodują zwykle falę szacunków, kiedy moglibyśmy spełnić jeden czy drugi warunek (Za 30 lat? 50? 70? Nigdy?). Spójrzmy na sprawę od drugiej strony: kiedy poszczególni członkowie unii walutowej mieli taki poziom dochodu, jak my dzisiaj. I jak rośli od tego czasu.

Z danych Eurostatu możemy się dowiedzieć, że nasz PKB na głowę w 2016 r. stanowił 68 proc. średniej unijnej (w 2004 r., gdy wchodziliśmy do UE, było to 50 proc.). Ponieważ chcemy porównywać się nie ze średnią, a z najlepszymi, to trzeba dodać, że było to 55 proc. wyniku Niemiec. To dane obliczane na podstawie parytetu siły nabywczej – korygują one nominalny wynik o różnice w poziomach cen. Zwykle kraje biedniejsze, o niższym dochodzie, mają też niższe ceny. Eurostat porównuje tylko kraje europejskie (a także Stany Zjednoczone, Japonię i wiecznego kandydata do UE – Turcję). Międzynarodowy Fundusz Walutowy robi podobne zestawienia dla wszystkich światowych gospodarek. Przy tym pod uwagę bierze znacznie dłuższy czas – od 1980 r. (bierze także poprawkę na inflację).

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP