Słuszne diagnozy, z których niewiele wynika i które przez samych eurokratów w momencie publikacji bywają dezawuowane. Jednym z takich dokumentów jest Europa 2020, która jest kontynuacją strategii lizbońskiej z lat 2000–2010. Dokładnie będzie można ją rozliczyć za dwa lata – na koniec obowiązującej perspektywy budżetowej. Już dziś można się jednak pokusić o ocenę tego, czy trafne były jej założenia i proponowane działania „ukierunkowane na inteligentny, zrównoważony, sprzyjający włączeniu społecznemu rozwój przy zwiększonej koordynacji na szczeblu unijnym i krajowym”.

Dokument pisany jest wzorcowym metajęzykiem. Wiele mówi się w nim o innowacjach, odnawialnych źródłach energii, nakładach na badania i rozwój, zwiększaniu zatrudnienia w grupie wiekowej 20–64, cyfryzacji, jednolitym rynku cyfrowym, redukcji emisji gazów cieplarnianych, redukcji liczby Europejczyków żyjących poniżej granicy ubóstwa. Wspaniałe cele służące budowaniu lepszego jutra, z którymi trudno się nie zgodzić i które mają niewiele wspólnego z rzeczywistymi wyzwaniami.

Gdy powstawała Europa 2020, niewielu zajmowało sobie głowę tym, jak kształtować politykę gospodarczą UE we Wspólnocie bez jednej z najważniejszych unijnych gospodarek – Wielkiej Brytanii. Niewielu zawracało sobie również głowę niekontrolowanym napływem migrantów z ubogich rejonów świata i tym, jaki to może mieć wpływ na swobodny przepływ osób wewnątrz Unii, a tym samym na kluczowy element jednolitego rynku. Nie analizowano również tego, jaki wpływ na Unię może mieć separatyzm w relatywnie zamożnym państwie, takim jak Hiszpania, czy też podważenie przez średniej wielkości państwo decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE i spór Komisji z tym państwem na tle praworządności. Jak się jednak okazało, dla polityki gospodarczej te problemy są znacznie ważniejsze niż innowacje czy cyfryzacja.

Mniej więcej rok temu szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker przedstawił pięć scenariuszy dla UE do 2025 r., czyli na rok przed końcem obowiązywania kolejnej perspektywy budżetowej. Pierwszy zakładał, że nic się nie zmieni. Drugi, że Unia zajmie się jedynie wspólnym rynkiem. Trzeci przewidywał ścisłą współpracę zainteresowanych państw – np. ze strefy euro. Czwarty był swoistą projekcją specjalizacji Unii skupionej tylko na tych dziedzinach, w których realnie można czegoś dokonać. W piątym można znaleźć wizję Wspólnoty wyposażonej w nowe kompetencje, bardziej zintegrowanej, z nowymi siłami witalnymi. Na te pięć scenariuszy można nałożyć pesymistyczne zestawienie suchych faktów przygotowanych również w Komisji Europejskiej.

Przypominają one o malejącym udziale unijnego PKB w światowej gospodarce (w latach 2004–2015 z 31 do 26) i zapaści demograficznej (na początku XX w. co czwarty człowiek na świecie był Europejczykiem, dziś stanowimy 6 proc. światowej populacji). Uwzględniając te dane, nawet najgorsze scenariusze z Białej Księgi Junckera wydają się wizją niepoprawnego optymisty. Może się bowiem okazać, że w 2025 r. nie będzie już żadnych negocjacji nad kolejną perspektywą budżetową, a Zamki z Atramentu zastąpią rozważania historyków na temat przyczyn zniknięcia Unii Europejskiej.

>>> Czytaj też: Potocki: Test wyborczy, czyli Asteriks u Białorusinów [OPINIA]