Wygląda na to, że czas na nową mapę biedy na świecie. Bo ta, którą mamy w głowie, jest już od dłuższego czasu nieaktualna.

Domyślnym sposobem mierzenia biedy od prawie 30 lat jest indeks o nazwie World Bank Poverty Line (WBPL). Być może znają go państwo jako wyrażoną w amerykańskich dolarach sumę dziennych wydatków na podstawowe towary i usługi zapewniające przetrwanie. Od 2005 r. granica radykalnego ubóstwa według Banku Światowego wynosi 1,9 dol. dziennie. Według waszyngtońskiej instytucji w 2017 r. taki był los prawie 11 proc. populacji globu, czyli mniej więcej 760 mln ludzi. Patrząc na te dane, można pokazać (i wielu tak robi), że minione trzy dekady to był czas pełen sukcesów w walce z biedą. W 1990 r. granicą skrajnego ubóstwa był 1 dol. dziennie. A żyć w ten sposób musiało 1,9 mld ludzi.

Są jednak tacy, którzy uważają ten sposób pomiaru za coraz bardziej anachroniczny. Wśród nich Robert C. Allen, jeden z najbardziej znanych amerykańskich historyków gospodarczych, autor kilku fundamentalnych (i nierzadko zaskakujących) prac na temat rewolucji przemysłowej. Najnowsze teksty Allena (pracującego obecnie na kampusie Uniwersytetu Nowojorskiego w Abu Zabi) poświęcone są jednak biedzie. Ekonomista stworzył w nich swój własny autorski sposób jej pomiaru. Zamiast WBPL proponuje BNPL: Basic Needs Poverty Line. Czyli (tłumacząc na polski) Allen chce wyznaczyć granicę ubóstwa w oparciu o podstawowe ludzkie potrzeby, a nie tylko wydatki niezbędne do fizycznego przetrwania. Ekonomista zarzuca tradycyjnemu sposobowi mierzenia biedy metodologiczne skostnienie. Bank Światowy nie bierze jego zdaniem pod uwagę wielu spraw. Choćby różnic klimatycznych (praca w zimniejszym klimacie rodzi większe zapotrzebowanie na kalorie niż w ciepłym) albo urbanistycznych (Bank Światowy próbuje wyznaczyć reprezentacyjną dla całego kraju cenę najmu mieszkania, choć przecież wiadomo, że w praktyce różnice między metropoliami a prowincją są olbrzymie). Słabo jest też w WBPL ze zrozumieniem różnic w diecie wywołanych stylem życia w różnych krajach świata.

Allen liczy więc to wszystko jeszcze raz (na razie tylko eksperymentalnie dla kilkunastu krajów świata). I wychodzi mu, że mapa biedy wygląda nieco inaczej niż ta rysowana na podstawie indeksu Banku Światowego. Wnioski? Po pierwsze, bieda nie znika tak szybko, jak by chcieli najwięksi entuzjaści WBPL. To ważny wniosek w kontekście debaty o dorobku minionego neoliberalnego trzydziestolecia. Jego obrońcy mówią przecież tak: może nie wszystko było tak świetnie, ale przynajmniej jest mniej biednych. Allen swoją pracą każe spojrzeć na sprawę nieco mniej kategorycznie. Bo według tej miary w Chinach bieduje 14 proc. populacji (a nie 8 proc., jak chce BŚ). W Indonezji to 46 proc. (zamiast 13 proc.). A w Meksyku 6 proc., a nie 4.

Po drugie, badanie Banku Światowego bardzo słabo wychwytuje wzrost realnego ubóstwa w krajach rozwiniętych. Choćby z powodu niesłychanego wręcz skoku cen nieruchomości, co szczególnie uderza w najuboższych. Efekt jest taki, że zdaniem Allena poniżej granicy ubóstwa żyje 4,6 mln Amerykanów (według Banku Światowego jest ich o milion mniej), 800 tys. Brytyjczyków (BŚ szacował, że 600 tys.) oraz na przykład aż 3,8 proc. mieszkańców Litwy (według BŚ tylko 0,8 proc.).

Po trzecie, lektura obu wskaźników: (i Allenowskiego, i Banku Światowego) może przynieść nieobeznanemu czytelnikowi parę zaskoczeń łamiących niejeden stereotyp. Bo nie jestem pewien, czy istnieje powszechna świadomość faktu, że na przykład w Turcji zjawisko biedy jest dziś dużo mniejsze (0,78 lub 0,28 proc. w zależności od wskaźnika) niż w większości krajów rozwiniętych.

>>> Czytaj też: Rodzina zmarłego płaci chętniej. Grupy zgonowe egzekwują długi tuż przed pogrzebem