W Polsce kupujemy 70 proc. leków zagranicznych, a w Niemczech i we Francji 90 proc. leków, które są tam sprzedawane, to leki francuskie i niemieckie. Oczywiście ten pierwszy okres transformacji polskiej doprowadził do takich zmian w systemie refundacji leków i w służbie zdrowia, że jesteśmy w dużej mierze uzależnieni od zagranicznych ośrodków. Chcemy to stopniowo zmieniać – ogłosił pod koniec grudnia premier Mateusz Morawiecki. Te mocne słowa padły podczas specjalnej konferencji, podczas której wspólnie z Jarosławem Gowinem obwieścił utworzenie Instytutu Biotechnologii Medycznej.

Z budżetem opiewającym na 0,5 mld zł nowa placówka ma zająć się tworzeniem innowacyjnych leków onkologicznych i kardiologicznych. Co prawda z ogólników wygłoszonych przez wicepremiera Gowina wynika, że ani to prawdziwy instytut – raczej program grantów dla naukowców, którego operatorem będzie Wrocławskie Centrum Badań EIT+, ani ośrodek badawczy – bo prace będą prowadziły, tak jak dotąd, jednostki akademickie otrzymujące dofinansowanie ze zgromadzonych środków. Ale obaj politycy nie bali się wielkich słów – dzięki inicjatywie rządu leki mają tanieć, a nasza branża biotechnologiczna ma rozkwitać.

Sensacji nie wywołali. Z trzech pytań, które pozwolono zadać dziennikarzom, pierwsze dotyczyło sporu Polski z Komisją Europejską, drugie – kwestii obronności, trzecie – ochrony patentowej. O leki, zapowiedzianą przez Morawieckiego ich „polonizację”, przytaczane dane i roztaczane wizje nie zapytał nikt. Najpewniej sprawę przyszłości branży farmaceutycznej i biotechnologicznej uznano za zwyczajnie nieciekawą, marginalną, wsobną.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP