Obfitość ropy i gazu może być przekleństwem dla gospodarki, jeśli nie jest właściwie zarządzana. W kręgach akademickich zjawisko regresu niektórych działów gospodarki nazywa się chorobą holenderską. Termin ten został ukuty pod koniec lat 70-tych XX wieku, po tym jak Holandia odnotowała spadek produkcji po odkryciu w latach 60. dużych złóż gazu ziemnego.

Choroba holenderska dotknęła też inne kraje, które radziły sobie jeszcze gorzej. W Wenezueli i Angoli odkrycie czarnego złota zmniejszyło produktywność i dochody.

Groźba choroby holenderskiej od dawna stanowi problem także dla Norwegii, największego producenta ropy i gazu w Europie Zachodniej. Jednak wydaje się, że Norwegia skutecznie opiera się tej "zarazie", bo po prawie pięciu dekadach produkcji, nie widać żadnych większych symptomów tego "schorzenia".

Wręcz przeciwnie. Według opracowania Norges Bank autorstwa ekonomistów Hilde Bjornland, Leif Anders Thorsrud i Ragnar Torvik, odkrycie ropy naftowej w rzeczywistości zwiększyło produktywność w całej nordyckiej gospodarce.

"Wzrost wartości dodanej na pracownika w gospodarce wzrósł wraz z boomem naftowym" - mówią ekonomiści.

Teoria głosi, że gdy gospodarka tworzy nowy i rentowny sektor, zasoby gospodarcze są przenoszone na ten właśnie obszar. Jest to znane jako efekt zasobów. Następnie nowe dochody płynące z sektora podnoszą ceny i realny kurs walutowy. Jest to tak zwany efekt wydatków.

Jednak w przypadku Norwegii scenariusz był inny. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Norwegia potrzebowała zewnętrznej pomocy, aby odkryć złoża ropy. Od tego czasu ten nordycki kraj przekształcił dużą część swojej branży tak, aby stać się globalnym dostawcą technologii naftowej i gazowej.

Rozwój branży naftowej wpłynął pozytywnie na inne sektory, a najmniej produktywne branże zostały zastąpione. Jak wynika z badań "pracownicy stoczni, którzy byli spawaczami, dziś mają doświadczenie w zakresie złożonych technologii głębinowych".

Norwegowie okazali się też bardzo zapobiegawczy. Aby uchronić gospodarkę przed wpływem efektu wydatków, wkładali znaczną część zysków z ropy do funduszu majątkowego, który teraz jest wart 1 bilion dolarów. Fundusz służy jako skarbonka dla przyszłych pokoleń i jednocześnie jako bufor na trudne czasy. Rząd po raz pierwszy wykorzystał te środki w 2016 r., po tym, jak kraj został dotknięty szokiem po spadku cen ropy naftowej na światowych rynkach.

Norweska zapobiegliwość nie kończy się na gromadzeniu pieniędzy na ciężkie czasy. Premier Erna Solberg za główny cel postawiła sobie zmniejszenie uzależnienia Norwegii od ropy na rzecz energii odnawialnej. W kolejnym badaniu bank centralny może przyjrzeć się, czy Norwegia z powodzeniem wyjdzie z epoki ropy naftowej, utrzymując standardy życia w niezmienionym poziomie.

>>> Polecamy: Dlaczego właściwie skandynawscy pracownicy są tak szczęśliwi?