Pewnie już każde dziecko na Ziemi wie, że miliarder Elon Musk wystrzelił w kosmos samochód marki Tesla z manekinem (niejakim Starmanem) za kierownicą. Projekt jest oczywiście rodzajem wielkiego marketingowego happeningu, który sprawił, że o Musku i jego planach podniebnej ekspansji mówi się dziś bardzo wiele. Ale i wcześniej się mówiło. Nie dalej jak jesienią południowoafrykański przedsiębiorca i filantrop ogłosił, że w 2022 r. zamierza wysłać na Marsa dwa pierwsze statki zaopatrzeniowe. A dwa lata później – żywych ludzi. To wszystko podlane jest futurystycznym sosem poszukiwania nowej planety dla człowieka. Miejsca, do którego ludzkość mogłaby w razie czego czmychnąć. Owo „w razie czego” to oczywiście jakiś rodzaj kataklizmu, na przykład ekologicznego. Nie muszę dodawać, że Musk (lub jego następcy) byliby na takiej trasie monopolistami. Panami życia i śmierci dla całego gatunku.

Nieco wcześniej inny superbogacz Peter Thiel odkrył jeszcze jedną opcję awaryjną. W 2011 r. przeniósł się do Nowej Zelandii, gdzie kupił wielką posiadłość. Dwa lata temu jego przyjaciel, trochę młodszy milioner z Doliny Krzemowej Sam Altman, ujawnił w rozmowie z tygodnikiem „New Yorker”, że mają z Thielem taki układ. Gdyby doszło do najgorszego, Altman wsiada do swojego prywatnego odrzutowca i leci do położonej na końcu świata posiadłości Thiela. Ale co oznacza dla nich owo najgorsze? Na przykład atak śmiercionośnego wirusa wywołującego pandemię. Przejęcie władzy nad światem przez jakiś rodzaj sztucznej inteligencji. Wojna nuklearna między zwaśnionymi mocarstwami. Niedawno w „Guardianie” ukazał się frapujący reportaż idący tropem Thiela w Nowej Zelandii. Autor podawał w wątpliwość przekonanie, że przeprowadzce krezusa na Antypody towarzyszył jedynie strach przed potencjalną Apokalipsą. Nie mniej ważną motywacją miliardera ma być próba faktycznej budowy własnego państwa. A bardziej konkretnie: własnego eksterytorialnego kawałka świata, na którym Thiel mógłby spełnić swój libertariański sen o absolutnej wolności. Z dala od przemocy państw oraz jakichkolwiek społecznych oczekiwań. Dodajmy jeszcze, że gdy w listopadzie 2016 r. Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych, inny amerykański bogacz Reid Hoffman ogłosił, że Apokalipsa w zasadzie się zaczęła i on też przenosi się do Nowej Zelandii. Hoffman libertarianinem zdaje się nie jest, ale i on zamierza tu szukać Nowego Araratu, czyli wzniesienia, na którym miała zawisnąć łódź Noego, gdy opadły wody potopu.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP