Wbrew temu, co dziś się czasem mówi, centralny planista nie płacił wszystkim „po równo”. O ile w niewielkim stopniu różnicowano wynagrodzenia pracowników na tym samym stanowisku (słynne „czy się stoi, czy się leży...”), to jednak płace w ogólności odzwierciedlały różnice w potencjale produktywności. Zakłady pracy miały siatki płac, osoby na wyższych stanowiskach, szczególnie te z wyższym wykształceniem, zarabiały zdecydowanie więcej niż pracownicy o niższym poziomie kwalifikacji.

Dziś wielu krytykuje polityki prowadzone w okresie wczesnej transformacji za „drastyczny wzrost nierówności”. Szkopuł tylko w tym, że o faktycznym wzroście nierówności do tej pory niewiele można było powiedzieć. By ocenić nierówności i ich zmianę, trzeba było (a) danych o dochodach osób sprzed transformacji oraz (b) danych o dochodach tych samych osób po rozpoczęciu transformacji. Na tej podstawie dałoby się ocenić mobilność dochodową i zbudować na danych jakąś opinię na temat pogłębienia nierówności. Takich danych nie było – i już nie będzie. O ile ktoś nie wynajdzie maszyny do podróży w czasie, by cofnąć się do końcówki lat 80. i przeprowadzić na rozsądnej próbie badania nierówności, a następnie nie dogoni tych samych osób w parę lat później, by przeprowadzić na tej samej próbie ponownie to samo badanie. Jedyny jak na razie znany wyjątek od tej zasady to nie do końca reprezentatywna grupa gospodarstw domowych w Czechach, badana w 1996 r. i pytana retrospektywnie o płace z 1989 r. Daniel Munich (CERGE-EI) Katherine Terrell i Jan Svejnar (Columbia) wskazali, że siatki płac z 1989 r. w znacznym stopniu przeniosły się do gospodarki rynkowej, a jedyne, co rzeczywiście zmieniła transformacja, to sposób, w jaki wynagradza się kapitał ludzki: wyższe wykształcenie, nieważne, kiedy zdobyte, przekłada się na znacznie wyższe wynagrodzenia w gospodarce rynkowej niż w centralnie planowanej. Forma własności zakładu pracy, branża czy zawód w podobny sposób przekładają się na wynagrodzenia w obu systemach gospodarczych.

Oczywiście jedne Czechy wiosny nie czynią (a może czynią? przynajmniej praską...). Dlatego często przywoływane są statystyki dotyczące nierówności, najczęściej wskaźnik Giniego. Wskazywany jest ich systematyczny wzrost w okresie transformacji. Jest jednak wiele problemów z taką analizą. Po pierwsze, miary publikowane przez OECD, Bank Światowy czy MFW analizują nierówność całych dochodów gospodarstw domowych, i to po podatkach i transferach. Gospodarstwo domowe to nie pracownik, a dochód gospodarstwa domowego to więcej niż tylko dochód brutto z pracy poszczególnych pracowników. W wielu krajach za wzrostem nierówności stoi przede wszystkim dochód z działalności gospodarczej i dochód z własności – obu tych kategorii praktycznie nie było w budżetach gospodarstw domowych przed 1989 r. w Polsce i w innych gospodarkach centralnie planowanych. Tymczasem na podstawie wskaźników Giniego dla całego gospodarstwa i z wszystkich typów dochodów wiele osób chce wnioskować o nierównych płacach i progresywnej skali podatkowej PIT.

By przełamać ten impas, zebraliśmy dane o ponad 2 mln osób z 44 krajowych urzędów statystycznych na przestrzeni trzech ostatnich dekad w dawnym bloku wschodnim, włączając w to ZSRR. Do tej syzyfowej pracy dołożyliśmy kilka miesięcy porządkowania i harmonizowania danych, łącznie ponad 160 0 zbiorów z różnych lat, krajów i języków. Choć nie mieliśmy do dyspozycji „czas-maszynki”, na podstawie danych jednostkowych spróbowaliśmy prześledzić, co dokładnie stało się z płacami pracowników najemnych w okresie transformacji. O ile z pewnością nie śledzimy tych samych osób, to podążamy za sytuacją na rynku pracy osób o tym samym zestawie cech: rok urodzenia, płeć, wykształcenie, miejsce zamieszkania, zawód, sektor gospodarki itp.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Co się okazało? Po pierwsze, rzeczywiście nierówności płac na wschód od Łaby były niższe niż w Europie Zachodniej. Po drugie, za niższą skalą nierówności stały dwa główne czynniki: pracownicy w Polsce i innych krajach centralnie planowanych byli bardziej do siebie podobni, w szczególności jeśli chodzi o wykształcenie i zawody. Po trzecie, wzrost nierówności płacowych nastąpił w ciągu pierwszych dwóch lat transformacji. Po czwarte, za wzrost ten odpowiada głównie to, że w gospodarce rynkowej kapitał ludzki „zarabia” więcej niż w centralnie planowanej. Po piąte, od połowy lat 90. nierówności płacowe w naszej grupie krajów praktycznie nie ulegają zmianie, podczas gdy w Europie Zachodniej systematycznie (choć powoli) się obniżają. Po szóste i najważniejsze: nadal jesteśmy do siebie bardziej podobni niż pracownicy w krajach „UE 15”, czyli starej Unii, co oznacza, że za relatywnie wyższym obecnie poziomem nierówności płacowych w krajach transformacji stoi nie tyle różnorodność pracowników, co bardziej zróżnicowane wynagradzanie.

Jako badacze długo się zastanawialiśmy nad morałem z tej historii. Czy nasze wyniki wskazują, że państwo powinno interweniować w strukturę płac i za pomocą bardziej progresywnych podatków wyrównywać to, co pracodawcy różnicują? W grupie krajów transformujących się, które analizowaliśmy, były i kraje z wysoką skalą progresji – i takie jak Polska, gdzie ona praktycznie nie istnieje, a klin podatkowy jest w praktyce najwyższy dla najmniej zarabiających. Gdyby progresja podatkowa mogła rzeczywiście zmienić nierówności płacowe, wnioski nie byłyby tak podobne i spójne dla wszystkich krajów transformacji. Co zatem? Jedną z miar stosunku do nierówności jest badanie akceptacji dla dużych różnic w dochodzie jako sposobowi wynagradzania indywidualnego talentu i ciężkiej pracy. W Finlandii taką akceptację deklaruje ok. 20 proc. dorosłych obywateli, w Szwecji, Norwegii, we Francji czy w Belgii odsetek ten wynosi ok. 40 proc. Natomiast Polska, z ponad 60-proc. poparciem, jest krajem o najwyższym poziomie akceptacji dla nierówności w Europie. Tuż za nami Czechy i Estonia. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Ustawa reprywatyzacyjna wróci przed wyborami. Nie podoba się środowiskom żydowskim i Amerykanom