To taki pstryczek w nosy młodych medyków, a minister zdrowia jak z kapelusza wyciąga kolejnego królika. W październiku na łamach DGP opisywaliśmy rządowy plan ściągnięcia do Polski medyków ze Wschodu. Chodziło o uproszczenie procedury ich zatrudniania. Teraz resort mówi o rewolucji w uznawaniu kwalifikacji lekarzy z Ukrainy. Też ma być prościej i szybciej. Wszystko po to, by załatać dziury kadrowe. Ale nie ukrywajmy – to też sposób na to, żeby zmniejszyć presję płacową w służbie zdrowia, pokazać lekarzom, że może ich dosięgnąć konkurencja. Poziom zarobków nieakceptowalny dla polskich specjalistów jest nieosiągalny dla lekarzy zajmujących się pacjentami na Ukrainie. Według danych tamtejszego GUS w sierpniu 2017 r. średnia pensja ukraińskiego medyka wynosiła około 9310 hrywien (1265 zł). W Polsce jest to 3,5–4 tys. zł (wynagrodzenie podstawowe, bez dyżurów).

Od lat eksperci przekonują, że Polska nie musi być dla lekarzy zza wschodniej granicy pożądanym państwem do pracy. Co najwyżej krajem tranzytowym. I podają liczby – obecnie nad Wisłą pracuje niewiele ponad 300 ukraińskich specjalistów. Mało. Chociaż jak potwierdzają inne, opublikowane dane (za lata 2015–2017), to właśnie do Polski nasi wschodni sąsiedzi najchętniej wyjeżdżali za pracą. Łączy nas wspólna historia, stąd mogą szybciej odwiedzić rodzinę, ale również bliżej im mentalnie do nas niż mieszkańców Niemiec, Węgier czy Finlandii. Niewykluczone więc, że plan ministra Szumowskiego ściągnięcia lekarzy zza wschodniej granicy się powiedzie. Tylko czy pacjent to doceni? Zyska lekarza, który niekoniecznie płynnie mówi po polsku, a do tego z kompetencjami potwierdzonymi na skróty. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Profesjonalna opieka domowa w państwach UE. Polska na szarym końcu rankingu