Rzecznik sztabu Władimira Putina, Andriej Kondraszow powiedział dziennikowi "Kommiersant", że frekwencja jest wyższa od oczekiwanej o 8-10 proc. i że przyczyną są czynniki zewnętrzne. "Trzeba za to podziękować Wielkiej Brytanii, ponieważ po raz kolejny (...) zaczęto na nas naciskać właśnie wtedy, gdy potrzebna nam była mobilizacja" - oznajmił Kondraszow.

Politolog Abbas Gałlamow wskazał jednak, że kampania wyborcza "była dość mało merytoryczna w tym sensie, że nie istniało pytanie, kto zwycięży" i zazwyczaj taka sytuacja wpływa na obniżenie frekwencji. "Aby uniknąć klęski, władze musiały mobilizować wszystkie siły - medialne, technologie polityczne, administracyjne" - wskazał ten ekspert.

W komentarzu dla innej gazety - "RBK" - Gałlamow również ocenił, że główną przyczyną wysokiej frekwencji stały się akcje informacyjne prowadzone przez władze. "Gdyby nie zorganizowana praca, to frekwencja nie przekroczyłaby 50 proc." - powiedział politolog.

Natomiast konsultant polityczny Dmitrij Fietisow powiedział "RBK", że spory ze światem zewnętrznym - Wielką Brytanią, czy wcześniej Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim - przekonały Rosjan, że udział w wyborach jest ważny. Zdaniem Fietisowa obraz "wroga zewnętrznego", tworzony w ostatnich miesiącach przez władze, które ogłaszały, iż siły zewnętrzne ingerują w suwerenność Rosji, skłoniły obywateli do pójścia do urn.

"RBK" przypomina, że dotąd najwyższą frekwencję podczas wyborów prezydenckich w Rosji odnotowano w 1991 roku, gdy wyniosła ona 74,66 proc.

Źródła dziennika zbliżone do Kremla twierdzą, że w niedzielnych wyborach władze zadowoli frekwencja nie niższa, niż było to w 2012 roku, gdy wyniosła ona 65 procent.

Z oceną, że sytuacja międzynarodowa wpłynęła na frekwencję zgadza się także politolog Andriej Koladin, cytowany przez dziennik "Wiedomosti". Jednocześnie dziennik ten w artykule redakcyjnym ocenia, że władze rosyjskie dziś w mniejszym stopniu niż wcześniej potrzebują legitymizacji obecnego prezydenta poprzez wybory.

Jak komentuje politolog Nikołaj Pietrow, autorytet Putina opiera się na dokonanej przez Rosję aneksji Krymu oraz konfrontacji politycznej i wojskowej z Zachodem. W tej sytuacji Putin konkuruje nie tyle z innymi kontrkandydatami, ile z samym sobą, tj. rezultatami, jakie uzyskał w poprzednich wyborach.

"Paradoks czwartych wyborów Władimira Putina polega na tym, że zwycięstwo, które z zewnątrz wygląda jak przekonywujące - z poprzednim, czy nawet wyższym wynikiem - nie gwarantuje zwycięzcy łatwych sześciu lat rządów. Jest to ostatnia kadencja, na jaką pozwala Putinowi konstytucja. Przyszłość to albo przekazanie władzy przygotowanemu następcy, albo przykrojenie konstytucji w celu utrzymania władzy osobistej. Poczucie stabilności poparcia, jaką daje wspaniałe zwycięstwo w dniu głosowania nawet w warunkach reżimu autorytarnego nie zmniejsza nadchodzących zagrożeń dla zwycięzcy" - oceniają "Wiedomosti".

>>> Czytaj też: I my możemy wydalić rosyjskich dyplomatów. Wprowadzimy sankcje wobec Rosji?