Jego autorką jest Deirdre McCloskey, amerykańska ekonomistka, która samą siebie określa jako „postmodernistyczną, wolnościową, ilościową, episkopalną i feministyczną arystoteliczkę”. Dodajmy do tego fakt, że McCloskey to najbardziej znana osoba transpłciowa w amerykańskiej akademii. Swoje doświadczenie fundamentalnej zmiany z mężczyzny w kobietę (w wieku lat 53) opisała zresztą w głośnej swego czasu w Ameryce książce „Crossing” (rok 1999). Wszystko to razem od lat tworzy wokół McCloskey aurę postaci nietuzinkowej. Podobnie zresztą jak prace 75-letniej ekonomistki.

Swoją serię o burżuazji McCloskey zaczęła pisać w 2006 r. Zamiar był niezwykle ambitny: ekonomistka zapowiadała sześć tomów opracowania. Na razie wyszły trzy. Ostatni – jak dotąd – w 2016 r. Zaś przetłumaczona właśnie na polski „Godność” to druga część cyklu, 600-stronicowa opowieść o sile, która – zdaniem McCloskey – stoi za rozwojem kapitalizmu. Tą siłą jest właśnie burżuazja, według pani profesor najważniejsza, najbardziej rzutka i najbardziej etyczna część społeczeństw zachodnich. To nie jest tak, że kapitalizm tę burżuazję stworzył. Było odwrotnie. Bez niej kapitalizmu by po prostu nie było. Ale McCloskey idzie dalej. Mówi, że bez burżuazji nie byłoby w zasadzie niczego. A już na pewno rozwoju.

W tym sensie jest to oczywiście książka polemiczna. Ekonomistka próbuje się ze swoją tezą usadowić pośrodku. Po jednej stronie są ci, którzy uważają, że postęp był możliwy głównie dzięki rewolucji technologicznej (maszyna parowa, maszyny przędzalnicze), a dokonali go nie tyle stateczni mieszczanie, ile wąziutka grupa najbardziej rzutkich i postrzelonych wynalazców – przedsiębiorców – ryzykantów. Na drugim biegunie są zaś wszelkiej maści lewicowcy dowodzący, że burżuj to wyzyskiwacz. Pasożyt, który dorobił się kosztem szerokich mas ludowych, lecz swym sukcesem za nic w świecie nie chce się podzielić.

Czy McCloskey faktycznie siedzi pośrodku? Chyba nie. W praktyce stoi zdecydowanie po stronie obrońców liberalnej opowieści o kapitalizmie jako o ustroju jednoznacznie pozytywnym i przynoszącym pokaźne zyski wszystkim tym, którzy chcą i potrafią je czerpać. Czytając pracę ekonomistki, da się wyczuć nieskrywane poczucie misji. Deirdre McCloskey jest, jak się zdaje, przekonana do tego, że honoru burżuazji trzeba bronić, bo znajduje się ona pod ostrzałem wrogich sił. Ten ostrzał nie jest oczywiście dosłowny, lecz przejawia się w nadmiernej krytyce i niedocenianiu niewątpliwych zasług. Aby przywrócić równowagę, McCloskey głaszcze więc burżuazję i drapie ją za uszkiem. Czy to słuszna strategia? Ja mam wątpliwości. A czytelnik niech oceni to sam.

>>> Czytaj też: Woś: Dług to nie grzech [RECENZJA]