Powiem rzecz mało popularną: mam gdzieś, czy sędzia orzekający w mojej sprawie jest złodziejem. Nie obchodzi mnie to, czy bije żonę lub męża. Oczywiście wolałbym, aby nikogo nie tłukł, a gdybym był jego sąsiadem – być może bym zainterweniował. Ale co to zmienia w mojej sprawie?

Większość społeczeństwa oczekuje od sądu usługi, choć być może ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Płacimy podatki, wnosimy opłaty sądowe, więc słusznie narzekamy na jakość obsługi. Uważamy, że znacznie więcej wkładamy, niż otrzymujemy w zamian. Czekanie kilka lat na wyrok w – wydawałoby się prostej – sprawie to skandal. Fakt, że z wyroku pierwszej instancji można zrobić figurę origami, bo utrzymywalność orzecznictwa jest na śmiesznie niskim poziomie, zasmuca. I to jest prawdziwy skandal, a nie to, że sędzia ukradł część wiertarki.

Patryk Słowik

Patryk Słowik

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Kolejne niepopularne stwierdzenie: wolę sędziego, który ukradł część wiertarki i ma utrzymywalność orzecznictwa na poziomie 80 proc. (czyli cztery na pięć jego wyroków okazuje się właściwe zdaniem sądu wyższej instancji), niż nowego członka Krajowej Rady Sądownictwa, którego utrzymywalność orzecznictwa oscyluje wokół 25 proc. Zamiast tego ostatniego za stołem sędziowskim równie dobrze można by posadzić przedszkolaka.

Jako obywatel wolę sędziego, który kradnie szyszki z lasu (to wykroczenie – zdaniem ustawodawcy nawet poważniejsze niż kradzież części wiertarki ze sklepu), niż tego, który spóźnia się z pisaniem uzasadnień. Bo choć żadnej kradzieży nie pochwalam, to jednocześnie wiem, że Polaków bardziej dotykają długotrwałe procesy.

CAŁY TEKST W MAGAZYNIE DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ