Mówią o niej: „wiecznie naburmuszona”, „humorzasta”. Lecz także: „porządny człowiek, który oddziela sferę prawa od polityki”, „ostatnia obrończyni demokracji”. Profesor Małgorzata Gersdorf, pierwsza prezes Sądu Najwyższego, to postać niejednoznaczna. Miała być prezesem na spokojne czasy. Została, wbrew własnej woli, uwikłana w brutalny spór polityczny. 3 kwietnia 2018 r. wejdzie w życie nowa ustawa o Sądzie Najwyższym. Profesor Gersdorf się z nią nie zgadza.

Dziś nawet nie wiadomo, kiedy skończy się kadencja prof. Gersdorf jako pierwszego prezesa SN. Zgodnie z konstytucją – w 2020 r. Zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym – najdalej w lipcu tego roku, gdyż profesor weszła już w wiek emerytalny.

Wybór z przypadku

Na początek ważne zastrzeżenie: w tekście nie ma ani jednej wypowiedzi jego bohaterki. Prosiliśmy o chwilę rozmowy, usłyszeliśmy, że profesor rozmawiać nie będzie. Profesor Gersdorf bowiem rozmawia wyłącznie z mediami, które uważa za jej sprzyjające. A nawet im wytyka, że zbyt często ją krytykują. Nie piszę tego, by się żalić. To po prostu również pokazuje, jaka pierwsza prezes Sądu Najwyższego jest.

Chłodny stosunek do mediów to jedna z najbardziej widocznych cech Gersdorf. I, jak twierdzą niektórzy, kamień, który sama sobie przywiązała do szyi. Profesor nie ma żadnego wyczucia tego, co wypada w mediach powiedzieć, a czego mówić nie należy. Nie widzi potrzeby komunikowania się Sądu Najwyższego ze społeczeństwem za pośrednictwem telewizji, radia i prasy. Uważa, że obywatele powinni sędziów, w tym Sąd Najwyższy jako organ konstytucyjny, szanować za sam fakt istnienia.

– Jest niereformowalna. Śledzi, co media mówią o niej i o Sądzie Najwyższym, denerwuje się, że nie ma w materiałach przedstawionego jej punktu widzenia, a zarazem nie chce z nim wyjść do mediów – opowiada mi jeden z sędziów SN. I dodaje, że jego zdaniem to główny powód, dla którego sędziowie przegrali z politykami batalię o rząd dusz.

„Życzę, aby nowa prezes umacniała autorytet Sądu Najwyższego, którego poważne uprawnienia i niezależność są zagwarantowane w konstytucji, ale autorytet żadnym przepisem zagwarantowany nie jest. Ten autorytet tworzy dobra tradycja Sądu Najwyższego, tworzą także jego prezesi – szczególnie pierwszy prezes. Dlatego dzisiaj, powołując panią profesor Gersdorf, chciałbym jej życzyć tego, aby swoją pracą, służbą umacniała autorytet Sądu Najwyższego”. To słowa prezydenta Bronisława Komorowskiego z 30 kwietnia 2014 r. Małgorzata Gersdorf została właśnie pierwszym prezesem Sądu Najwyższego, pierwszą kobietą na tym stanowisku. W relatywnie spokojnych czasach miała zadbać o to, by społeczeństwo sędziom ufało, a Sąd Najwyższy stał się instytucją wzbudzającą największy szacunek. A przecież wstąpiła na fotel pierwszego prezesa trochę z przypadku. Gdyby bukmacherzy kilka miesięcy wcześniej przyjmowali zakłady o to, kto będzie prezesem SN, za złotówkę postawioną na prof. Gersdorf można by zapewne wykupić ekskluzywne zagraniczne wczasy.

Sąd Najwyższy nie był w ogóle przygotowany na wybór nowego pierwszego prezesa. Wiadomo było, że urzędujący od 2010 r. Stanisław Dąbrowski ciężko choruje. Mimo to jego śmierć 9 stycznia 2014 r. dla całego środowiska prawniczego była szokiem. W SN zaczęły się przygotowania do wyboru pierwszego prezesa, choć trudno powiedzieć, by ktoś się do tej roli palił. Procedura jest taka, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN przedstawia dwóch kandydatów prezydentowi, ten zaś wskazuje nowego prezesa. Do tego czasu pełniącym obowiązki został prof. Lech Paprzycki, prezes Izby Karnej SN. Ale wielu sędziów na najważniejszym stanowisku widziało kogoś innego.

Na giełdzie nazwisk pojawiał się szanowany sędzia prof. Piotr Hofmański. Jak się jednak okazało, jemu pisana była międzynarodowa kariera. Hofmański nie kwapił się do zostania pierwszym prezesem SN. A w kilka miesięcy później został wybrany na stanowisko sędziego Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze.

Wielu sędziów kandydata upatrywało w Stanisławie Zabłockim, za PRL szanowanym adwokacie (reprezentował m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego w procesie rewizyjnym w 1990 r.), zaś od 1991 r. sędziego SN w Izbie Karnej. Zabłocki jednak jak mantrę powtarza od lat, że jest przede wszystkim sędzią. Wiedział, że jako pierwszy prezes w praktyce nie mógłby orzekać. Obecnie jest prezesem Izby Karnej SN (dalej orzeka). I gdy ktoś do niego zwraca się per „panie prezesie”, poprawia. Podkreśla, że jest sędzią, a dopiero w drugiej kolejności prezesem.

– Potrzebny był drugi kandydat, konkurent dla prof. Paprzyckiego. Nie jest zresztą tajemnicą, że wielu sędziów nie chciało, aby go wybrano. Po pierwsze, w chwili wyboru miałby już 67 lat, czyli dużo. Po drugie, nie wszystkim sędziom podobało się, że należał od lat 70. do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, gdzie nawet zrobił pewną karierę – opowiada jeden z sędziów SN.

Ktoś zaproponował więc, by jako konkurentkę wystawić prof. Małgorzatę Gersdorf. Z Sądem Najwyższym związaną od dawna (choć jako sędzia SN dopiero od 2008 r. – powołanie otrzymała od prezydenta Lecha Kaczyńskiego), z kartą solidarnościową (sama Gersdorf jednak nigdy nie kryła, że nie angażowała się zbytnio w działalność; po prostu utożsamiała się ze związkowymi wartościami), z doświadczeniem organizacyjnym (była prorektorem Uniwersytetu Warszawskiego). I, co dla wielu było najważniejsze i zwiększało jej szansę na wybór – kobietą.

– Przypuszczaliśmy, że prezydent Komorowski, mając do wyboru kobietę i mężczyznę, wybierze kobietę. Nie pomyliliśmy się – wskazuje sędzia SN.

>>> Czytaj także: Powstanie Rzecznik Praw Podatnika. "Racjonalizacja procesu podatkowego opłaci się wszystkim"