Dotychczas nigdy nie widziałem tak dużej liczby reklam profrekwencyjnych, głównie adresowanych do młodych ludzi, bo to ci, jak głosiła jedna z nich, oddają swoje prawo do decydowania o przyszłości komuś innemu, kto „z chęcią zadecyduje za nich”.

Na wysoką frekwencję liczą i zwolennicy rządzącej koalicji Fidesz-KDNP i cała nie-zjednoczona opozycja. Ale jej „wysokość” rozumieją zupełnie inaczej. Chociaż premier nawołuje do tłumnego ruszenia do urn wyborczych, to paradoksalnie wysoka frekwencja ma najbardziej wesprzeć… opozycję. To zresztą także nie jest takie proste. Im niższa, tym większa szansa Fideszu, w granicach 70-75 proc. to najlepszy wynik całej opozycji, zaś powyżej 75 proc. to wyrok na partiach małych, jak Momentum, Polityka Może Być Inna (LMP) czy nawet Koalicja Demokratyczna (DK).

Kolejne godziny, w których Biuro Wyborcze podaje cząstkowe dane o frekwencji wyborczej, elektryzują wszystkich. Już na kilka minut przed tym momentem serwery nie mogą sobie poradzić z liczbą chętnych do odwiedzenia strony. Po godzinie 9.00 strona nie działała przez kilkadziesiąt minut. Następnie została przygotowana jej bardzo okrojona wersja, gdzie dostępne były tylko trzy aktywne linki.

Jak dotychczas frekwencja jest najwyższa po 1990 roku. Ale najważniejszym punktem odniesienia jest rok 2002, kiedy jeszcze wybory odbywały się w dwóch turach. To był punkt kulminacyjny węgierskiej polityki. Wówczas Fidesz uległ lewicowo-liberalnej koalicji o włos, w parlamencie uzyskując 10 miejsc mniej i przechodząc do opozycji na osiem lat. Frekwencja w drugiej turze wyniosła wówczas 73,51 proc. Tylko do godziny 11 jedna trzecia uprawnionych oddała już głos, co z polskiej perspektywy wydaje się nie do uwierzenia.
Przed lokalami wyborczymi w niektórych dzielnicach ustawiają się ogromne kolejki, w mojej okolicy przy Eötvös utca kolejka zakręcała za róg ulicy. Policja zamknęła ruch dla samochodów, aby wyborcy mogli oczekiwać na oddanie głosu na jezdni.

Jak mówił w piątek na zakończeniu kampanii Fideszu Viktor Orbán, wtedy, w 2002 roku, pewni sukcesu tak premier, jak i politycy tej partii i jej wyborcy, „przez własną głupotę” przegrali wybory. Warto pamiętać, że wówczas w pierwszej turze premier w ogóle nie prowadził kampanii, co próbował nadganiać w ostatnich 14 dniach.
W tym roku Fidesz po raz drugi z rzędu nie przedstawił programu wyborczego. Wciąż obowiązującym ma być ten z 2010 roku, który jednak w bardzo wielu aspektach w ogóle nie przystaje do współczesnych wyzwań stojących przed Węgrami. Dość jednak powiedzieć, że sam premier bodaj jeszcze nigdy w historii nie był tak aktywny w czasie kampanii wyborczej.

Ponieważ na Węgrzech nie ma ciszy wyborczej, to agitację na ulicach i w mediach wszelkiego typu można prowadzić przez cały weekend i z tego prawa partie korzystają. Tegoroczne wybory, tak kampania wyborcza, jak i przebieg głosowania, z pewnością będą niezwykle ciekawym tematem późniejszych badań. Jednocześnie widać, że „samo istnienie” Fideszu i kryzys migracyjny nie są wystarczającymi przesłankami do głosowania na tę koalicję. W kolejnych czterech latach scena polityczna będzie ulegała głębokim przeobrażeniom. Najprawdopodobniej w 2022 roku, kiedy odbędą się kolejne wybory, partie, które będą ubiegały się o głos wyborców, będą zupełnie inne od tych, jakie znamy współcześnie.

>>> Polecamy: Kryzys migracyjny jest Orbanowi niezbędny. Bez niego Fidesz tracił poparcie