Polityczny nakaz zwrotu nagród już zaczynają realizować ministrowie. Jako jeden z pierwszych uczynił to wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker. – Przekazałem nagrodę na Caritas koszalińsko-kołobrzeski – mówi.

Cięcia w Sejmie...

Straty w swoich portfelach szacują parlamentarzyści. Ich uposażenia mają spaść o 20 proc. – Zarabiam 7,5 tys. zł, mam żonę z działalnością gospodarczą i trójkę dzieci. Teraz dostanę 5 tys. Trzeba będzie sobie radzić – wzdycha jeden z nich.

Politykom PiS trudno wystąpić przeciwko prezesowi, bo oznaczałoby to koniec ich politycznej kariery. Z kolei działaczom opozycji trudno nie poprzeć pomysłu PiS, inaczej naraziliby się swoim wyborcom. Marek Sawicki z PSL liczy, że projekt ustawy trafi do Sejmu, ale go nie opuści. – Nie ma mowy – odpowiada jeden z działaczy związanych z Nowogrodzką. Inny z czołowych polityków PiS podkreśla, że prezes partii Jarosław Kaczyński chce szybkiego przeforsowania projektu, o czym świadczy deklaracja możliwości zwołania dodatkowego posiedzenia parlamentu w tej sprawie.

Posłowie i senatorowie otrzymują dietę, która wynosi 2,5 tys. zł, oraz uposażenia w wysokości 10 tys. zł. Wyższe są wypłaty dla szefów komisji czy marszałków i wicemarszałków. Maksymalny wymiar zapowiedzianych oszczędności dla budżetu to zatem ok. 17 mln zł. Z punktu widzenia budżetu suma śladowa.

...w spółkach...

Ale już dla menedżerów kontrolowanych przez państwo spółek zapowiedź wyeliminowania premii oznacza spadek wynagrodzeń o ponad połowę. Obowiązująca od września 2016 r. tzw. nowa ustawa kominowa uzależnia płace członków zarządów kontrolowanych przez państwo spółek od ich wielkości. W największych miesięczna pensja prezesa może sięgać 15-krotności przeciętnego wynagrodzenia. W zeszłym roku było to ok. 66 tys., obecnie limit wzrósł do 71 tys. zł. Drugie tyle, pod warunkiem wypełnienia celów wyznaczonych przez radę nadzorczą, menedżer mógł otrzymać w postaci premii. Łącznie w ciągu 12 miesięcy członkowie zarządu pod rządami ustawy kominowej mogli w zeszłym roku zarobić 1,6 mln zł, w tym kwota ta wzrośnie do 1,7 mln zł.

W praktyce jeszcze w zeszłym roku wynagrodzenia były znacznie wyższe. Odwołany w lutym ze stanowiska prezesa Orlenu Wojciech Jasiński zarobił w 2017 r. 2,4 mln zł. Na tę kwotę złożyło się 1,2 mln zł zasadniczego wynagrodzenia i 1,2 mln zł premii, która zostanie wypłacona w tym roku. Jeszcze w 2016 r. wynagrodzenie Jasińskiego wyniosło 3,3 mln zł. Na podobnym poziomie zarabiał Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP. Największy krajowy bank zasady wynagradzania menedżerów zgodne z ustawą kominową wprowadził w lipcu zeszłego roku. Pensja Jagiełły spadła z ok. 160 tys. do 66 tys. zł miesięcznie. Efekt: z tytułu zasadniczego wynagrodzenia prezes PKO BP otrzymał w 2017 r. 1,4 mln zł, o 700 tys. mniej niż rok wcześniej. Bonusy się nie zmieniły – wynosiły nieco ponad milion złotych.

Jeśli zgodnie z zapowiedziami Kaczyńskiego premie zostaną obcięte, a jednocześnie przez cały rok zasadnicze wynagrodzenie podlegać będzie ograniczeniom ustawy kominowej, to wypłata dla prezesa Jagiełły czy Daniela Obajtka, obecnego szefa Orlenu, zamknie się w kwotą 850 tys. zł rocznie. W porównaniu z 2017 r. oznacza to spadek o ponad połowę.

– Dodatkowe wynagrodzenie dla menedżerów za zrealizowanie określonych celów to standard w każdej większej firmie. Ma to ważną funkcję motywacyjną, zachęcającą prezesów do wysiłku. Nie widzę powodów, dla których w kontrolowanych przez państwo miało być inaczej. Dlatego pomysł likwidacji premii oceniam jako nietrafiony – mówi Wiesław Rozłucki, w latach 1991–2006 prezes Giełdy Papierów Wartościowych. Realizacja deklaracji lidera PiS zniechęcałaby rynkowych menedżerów do pracy w należących do państwa firmach.

...i w samorządach

O tym, jak zmiany ogłoszone przez Jarosława Kaczyńskiego wpłyną na wysokość wynagrodzeń samorządowców, wiadomo najmniej. Pewne na razie jest tylko to, że cięcia dotkną kierowników jednostek, czyli wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów, marszałków oraz ich zastępców. Wygląda na to, że radni czy szeregowi pracownicy urzędów mogą spać spokojnie.

Ale dość mglistą zapowiedzią prezes PiS stworzył sobie co najmniej 2,8 tys. potencjalnych wrogów wśród samorządowców (mamy 16 województw, 314 powiatów i 2478 gmin). Ich gniew może być tym większy, że – jak przyznają nieformalnie samorządowcy – równolegle toczyły się robocze rozmowy m.in. z przedstawicielami resortu finansów o... podwyżkach.

Mało tego – Związek Miast Polskich, zrzeszający ok. 300 jednostek z całego kraju, przymierzał się do przedstawienia projektu ustawy zwiększającej uposażenia szefów gmin. ZMP zwracał uwagę, że niepodnoszenie wynagrodzeń przez osiem lat spowodowało ich realny spadek o 25 proc. Burmistrzowie i prezydenci argumentowali, że nowa siatka płac powinna też uwzględniać wielkość miasta i jego budżet.

Dziś nie wiadomo, jak głębokie cięcia wynagrodzeń w samorządach przewiduje PiS. Obecnie kluczowa jest zasada ustawowa, że pensja nie może przekroczyć siedmiokrotności kwoty bazowej. W tym roku to 1789,42 zł, tak więc włodarz może zarabiać maksymalnie 12 525,94 zł. Ale rozstrzał w zakresie wynagrodzeń wszystkich wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jest spory – może to być od 6 tys. zł w przypadku wójta do ponad 12 tys. w odniesieniu do prezydenta dużego miasta. Odnosząc szacunki do tych dwóch wartości i przyjmując, że cięcia wyniosą 20 proc. (jak w przypadku parlamentarzystów), państwo na takiej reformie zaoszczędziłoby od trochę ponad 3 mln do niecałych 7 mln zł. Kolejnych kilka milionów mogą przynieść cięcia w pensjach zastępców.

– Długofalowy efekt tej zmiany będzie taki, że do samorządów trafiać będą ludzie niewykwalifikowani, którzy nie mają innego wyboru lub pomysłu na życie – komentuje Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.

>>> Czytaj też: PiS przechodzi tryb wyborczy. Jakie grupy skorzystają na pomysłach partii?