Tutaj proporcje są odwrotne: niezadowolonych jest tylko 20 proc. Owszem, można by więcej wydawać na zdrowie, ale zdaniem Czechów czas oczekiwania i komunikacja z lekarzami nie wyglądają źle. Z ciekawości zadzwoniłam do koleżanki z Czech i spytałam, jak ocenia opiekę zdrowotną. Z odpowiedzi Hanki, matki trójki dzieci, wynikało, że nie jest to problem, który spędza jej sen z powiek.

Pamiętam taką sytuację: moja wówczas dwuletnia córka skarżyła się na ból ucha. Lekarz rodzinny kazał iść do laryngologa, żeby sprawdził, co się dzieje. Gdzie? – Znajdzie pani w internecie – usłyszałam od lekarki i tak zrobiłam. Dzwoniłam pod znalezione numery, by się dowiedzieć, że najszybszy termin jest za kilka tygodni. Poszłam prywatnie. Moja czeska przyjaciółka słuchała tej historii z niedowierzaniem. – Jak jest pilna potrzeba, właściwie idzie się bezpośrednio do specjalisty bez skierowania. Przyjmują od ręki – tłumaczyła mi. Na co się zatem czeka? – Może trochę na takie planowe zabiegi, jak endoprotezy – mówi.

Jednym z wyznaczników działania systemu jest zazwyczaj sytuacja w onkologii. – Mamy niezłą ofertę dla pacjentów – mówi Milan, onkolog w jednym z dużych centrów poza Pragą. Co robi pacjent, który usłyszy od lekarza o  podejrzeniu raka? – Istnieje sieć placówek referencyjnych, które oferują kompleksową opiekę. Ja zajmuję się chorymi z rakiem głowy i gardła. Współpracujemy z większością laryngologów czy okulistów z naszego regionu. Każdy wie, że może przysłać pacjenta w każdą środę przed południem do nas do szpitala. Przyjmiemy wszystkich – opowiada. Na miejscu albo robią od ręki badania, albo kierują na diagnozę.

– W   szpitalu zapewniamy wszystko od diagnozy przez leczenie i późniejsze kontrole – opowiada Milan. A co z dostępem do leków? W onkologii w Polsce wielu pacjentów szuka ich przez fundacje, bo państwo nie płaci. – Są przypadki, że jakiś lek jeszcze nie dostał refundacji, ale wtedy zwracamy się do ubezpieczalni z   prośbą o finansowanie dla tego konkretnego chorego – tłumaczy Milan. – I   co – dopytuję – ubezpieczalnia płaci? – Zazwyczaj tak. Jak już jest źle, zaczyna się wrzawa medialna i wtedy finansowanie często się znajduje – dodaje. – A   co można by poprawić? – dopytywałam. – Chyba opłacanie dojazdów pacjentów do szpitala. Tego ubezpieczalnie nie finansują – mówi po dłuższym zastanowieniu onkolog. Żeby się nie przygnębiać, nie kontynuowałam rozmowy.

>>> Czytaj też: Koszt kryzysu opioidowego w USA wynosi więcej niż roczny PKB Polski