Politycy z różnych ugrupowań wyrażali w medialnych wystąpieniach sprzeciw wobec możliwości zaatakowania przez Francję reżimu prezydenta Syrii Baszara el-Asada.

Również według dziennika „Liberation” we Francji wszyscy obawiają się konsekwencji kryzysu.

W środę komisja spraw zagranicznych Zgromadzenia Narodowego (niższa izba parlamentu) ostrzegła rząd przed „pokusą karnej ekspedycji”, która - jak formułowali to zarówno deputowani lewicy, jak i prawicy - „doda tylko wojnę do wojny”.

Do tych ostrzeżeń dołączyli nawet deputowani prezydenckiej partii LREM. Sebastien Nadot z komisji spraw zagranicznych zaapelował, by „przed rozpoczęciem wojny nie pominięto żadnego z innych możliwych rozwiązań”, a Mireille Clapot kwestionowała wiarygodność świadectw dotyczących ataku chemicznego w Dumie, mówiąc, że „obrazy mówią to, co chcą powiedzieć ich twórcy”.

Deputowany partii Republikanie (LR) Claude Goasguen zasugerował, że Amerykanie mogą kłamać, tak „jak przed najazdem na Irak w 2003 roku", i dodał: „Asad już prawie wygrał wojnę. Jaki miałby więc interes w zrzucaniu bomb chemicznych?”.

Senator LR Bruno Retailleau zastanawiał się w rozmowie z dziennikiem „Liberation”, „czy 56 pocisków Tomahawk (zrzuconych rok temu przez USA na syryjską bazę) służyło czemukolwiek prócz uspokojenia sumień naciskających na guzik”. Senator wezwał prezydenta Francji Emmanuela Macrona, by zdał sobie sprawę z „ryzyka, jakie niesie eskalacja”, i „nie szedł za przykładem USA”.

Nawet wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych Jacques Maire (LREM), blisko związany z prezydentem Macronem, zauważył wahania rządu w tej sprawie. „Dowodzą one, że nie ma tu dobrego rozwiązania” - przyznał.

Historyk i specjalista od Ameryki Thomas Snegaroff porównuje obecną sytuację z „kryzysem sowieckich rakiet na Kubie”, kiedy to w roku 1962 prezydent USA John Kennedy zagroził zbombardowaniem zarówno zainstalowanych już wyrzutni, jak i statków sowieckich dowożących materiały wojenne. „Świat był na krawędzi wojny” – powiedział, dodając, że „jastrzębie wokół (prezydenta USA) Donalda Trumpa zwiększają niepokój co do rozwoju obecnego kryzysu".

Były korespondent w Moskwie i Waszyngtonie, a obecnie wpływowy komentator Ulysse Gosset również uznał „spiralę konfrontacji” za niepokojącą. Jego zdaniem Francja „zależna jest od decyzji nieprzewidywalnego Trumpa” i „nie może go zostawić”, nawet jeżeli będzie to sprzeczne z jej interesami.

Generał Dominique Trinquand, który podczas kampanii wyborczej był doradcą Macrona, zwrócił uwagę, że prezydent Francji podkreśla, iż dla Paryża celem ataku nie byłby Asad ani jego sojusznicy, ale wyłącznie broń chemiczna.

Według Trinquanda obecny kryzys jest nadzwyczaj niebezpieczny, gdyż Rosjanie uprzedzili, że zaatakują również wyrzutnie pocisków, to znaczy „okręty wraz z załogami”. Generał przypomniał, że sytuację komplikuje fakt, iż Syria przeniosła swe samoloty do baz rosyjskich, a w bazach syryjskich stacjonują Rosjanie i Irańczycy.

Trinquand pochwalił Macrona za to, że „nie podając terminu uderzenia, pozostawia przeciwnika w niepewności”, i wyraził nadzieję, że zapowiedziany przez Trumpa atak w ciągu 24 do 48 godzin „to blef”.

Tygodnik „L’Obs” w tekście zatytułowanym „Rosja i Zachód są u progu wojny. Prawdziwej” ostrzega, że „przywódcy zachodni i rosyjscy niczym lunatycy zbliżają się nieuchronnie ku konfliktowi zbrojnemu, którego konsekwencje mogą być katastrofalne”.

"L'Obs" pisze, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, co może się wydarzyć „między dwoma mocarstwami, z których jedno rządzone jest przez nieprzewidywalnego przywódcę, zagrożonego impeachmentem, a drugie przez autokratę, który rządzi za pomocą siły i militarnego awanturnictwa”.

„Jak uniknąć eskalacji, tak by ani jeden, ani drugi nie stracił twarzy?” – pisze "L'Obs" i ostrzega, że „od odpowiedzi na to pytanie zależy, być może, przyszłość globu ziemskiego”.

Zgadzając się, że „perspektywa ataku (na Syrię) budzi wiele zastrzeżeń”, tygodnik „L’Express” ocenia, że taka interwencja „jest jedyną możliwą opcją, nawet jeżeli jedynym zwycięstwem będzie chaos”.

Z Paryża Ludwik Lewin (PAP)