Kiedy agencja prasowa Bloomberg opublikowała badania dotyczące tzw. współczynnika ubóstwa, bardzo się zdziwiłam, że na pierwszym miejscu znajduje się Wenezuela, a nie żaden z afrykańskich krajów. Zresztą nie sposób znaleźć ich w pierwszej dziesiątce.

Trzeba by się było przyjrzeć metodologii badania. Jednak faktem jest, że Afryka wymyka się statystykom. Bo jeśli inflację w jakimś kraju można jeszcze zmierzyć z zewnątrz, to już bezrobocia się nie da. W Afryce szara strefa jest na porządku dziennym: tylko nieliczni pracują na kontraktach, a znakomita większość radzi sobie, jak może, sprzedając towary na bazarach, prowadząc sklepiki, zakłady usługowe etc. Mało który kraj tego kontynentu zna coś takiego jak zasiłki dla bezrobotnych czy w ogóle słyszał o opiece społecznej.

Jest źle, ale nie wiadomo jak bardzo, co może być na rękę rządzącym. Jak to powiedział klasyk – masz pan gorączkę, zbij termometr.

Tam nie trzeba było zbijać termometru, bo nigdy nie był w użyciu, więc nie ma problemu. Chociaż gdyby wziąć pod uwagę samą inflację, to już niektóre kraje uplasowałyby się na pudle. Na przykład Zimbabwe za czasów Roberta Mugabe miało ją na poziomie 80 mld proc. rocznie. Trudno nam zrozumieć, co się tam zadziało i uwierzyć w to. Z kolei RPA ma całkiem przyzwoity, wypracowany jeszcze przez apartheid, system raportowania. Dlatego mówienie o Afryce jako o jednym organizmie jest z góry obarczone błędem. Są tam kraje całkiem przyzwoicie się rozwijające, są i takie, których specyfiki nie jest w stanie pojąć mieszkaniec sytego Zachodu.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP