"Chwała Bogu, ta eskalacja, te ostrzały, nie doprowadziły do wojny na większą skalę pomiędzy Rosją i Stanami Zjednoczonymi" - powiedział PAP ekspert. Jednocześnie - jego zdaniem - "mniej więcej jasne jest, że te ostrzały raczej nie zmniejszą potencjału bojowego armii syryjskiej".

"Im dalej, tym wyraźniejsze staje się, że siłom, które nazywamy siłami reżimu syryjskiego - a są to, oprócz bardzo słabej armii rządowej, ochotnicy szyiccy, siły irańskie i siły powietrzno-kosmiczne Rosji - udaje się ogółem przejmować kontrolę nad coraz liczniejszymi rejonami kraju" - powiedział Golc.

Jego zdaniem operacja zachodniej koalicji nie będzie miała znaczenia dla obecności wojskowej Rosji w Syrii. "Przekonaliśmy się, że Amerykanie nie chcą doprowadzać do bezpośredniej konfrontacji zbrojnej z Rosją. To znakomicie. Jednak z drugiej strony, oznacza to, że Rosji wolno działać tak, jak uważa ona za stosowne" - ocenił rozmówca PAP.

Ekspert nazwał "dezinformacją" oceny ministerstwa obrony Rosji, które oświadczyło, że ponad 70 wystrzelonych przez siły koalicji pocisków rakietowych zostało przechwyconych przez wyprodukowane w ZSRR syryjskie systemy obrony przeciwlotniczej. "Dokładnie takie same systemy były na uzbrojeniu armii Iraku i im jakoś nie udawało się strącić tych samych pocisków manewrujących" - powiedział Golc.

Połączone siły amerykańskie, brytyjskie i francuskie, przeprowadziły nad ranem w sobotę serię nalotów w Syrii w ramach akcji odwetowej za użycie broni chemicznej 7 kwietnia w Dumie we Wschodniej Gucie, na wschód od Damaszku. O ten atak kraje zachodnie oskarżają siły reżimu prezydenta Asada. Siły zbrojne USA poinformowały, że celem bombardowań był wojskowy ośrodek naukowo-badawczy w Damaszku, zajmujący się technologią broni chemicznej, oraz składy znajdujące się na zachód od miasta Hims. Opozycja syryjska poinformowała, że trafiona została m.in. główna baza sił irańskich w Syrii, położona w pobliżu międzynarodowego lotniska w Damaszku.

Z Moskwy Anna Wróbel (PAP)