Z raportu opublikowano przez Christine Romer, szefową doradców ekonomicznych Białego Domy i Jareda Bernsteina - doradcy ekonomicznego wiceprezydenta Joe Bidena wynika, że ponad 90 proc. ze wspomnianych 3-4 mln miejsc pracy ma być stworzone lub zachowane w sektorze prywatnym. Ale raport wspomina o ćwierć milionie urzędników państwowych, w większości na poziomie stanu i lokalnym.

11 mln bezrobotnych i nie koniec na tym

Bez pracy pozostaje w Stanach Zjednoczonych już 11 mln osób, co daje 7,5-procentowa stopę bezrobocia. Tylko w styczniu dołączyło do nich kolejne 522 tys. Amerykanów, a w ubiegłym roku ok. 2,6 mln ludzi. Kolejne miliony drżą, że w każdej chwili pójdą na bruk.

Firmy nie przebierają w środkach, walcząc z kosztami. Na pierwszy ogień idą redukcje - tną zatrudnienie jak oszalałe. Takie giganty jak: Microsoft, Pfizer, Caterpillar, Home Depot, Wal Mart, Boeing, zwolniły tylko w styczniu ponad 100 tys. osób, nie mówiąc o bankach, gdzie prace straciło ćwierć miliona ludzi.

Wielki pracodawca Wuj Sam

W Stanach Zjednoczonych jest jednak wielki pracodawca, który zatrudnia: rząd federalny. Prezydent Barack Obam dobrze wie, że gdyby zwolnił większość spośród 2 mln pracowników służb publicznych, konsekwencje byłyby fatalne. - Zaciskanie pasa przez władze federalne pogorszyłoby tylko problem. Większość ekonomistów zgadza się, że rolą rządu jest budowa stabilizacji – mówi Kevin Hassett, dyr. ds. polityki ekonomicznej w konserwatywnym American Enterprise Institute.

Plan Obamy zakładający wydanie 819 mld dolarów, którym ma zająć się teraz Senat USA, obejmuje także 140 mld dolarów na walkę z bezrobociem. Mówi o powstaniu lub utrzymaniu 3-4 mln miejsc pracy, w tym o rozbudowie służb cywilnych na poziomie stanowym i lokalnym.

Paul Light, profesor polityki społecznej w New York University uważa, że do walki z kryzysem potrzeba więcej ludzi w służbach cywilnych. Jednocześnie jednak powinno się obniżać koszty ich działania, np. przez likwidacje menedżerów średniego szczebla, co sugeruje nowa administracja.

Szansa na zatrudnienie bez politycznego wsparcia

- To byłoby dobre posunięcie. Oznaczałoby koniec nominacjami z politycznego nadania. Sugerowałoby obywatelom, że nowa władza rezygnuje z wielu przywilejów i robi coś więcej niż tylko ocieplanie budynków użytku publicznego - dodaje.
Służby cywilne z wyjątkiem armii, w latach 60 zatrudniały w USA 2,3 mln ludzi. W połowie lat 90. liczba zatrudnionych w tym sektorze zmalała o 400 tys. po likwidacji szeregu baz wojskowych. Od 2001 r. jednak zatrudnienie znowu zaczęło rosnąć z 1,7 do 2 mln ludzi.

Kuszenie stabilizacją

Zagrożenie bezrobociem oraz chęć pracy dla nowej ekipy Obamy spowodowało, że na 3-4 tys. stanowisk z politycznego nadania zgłosiło się aż 350 tys. chętnych czyli ponad sto osób na jedno miejsce.

Znalezienie się na rządowej liście płac wcale nie oznacza zatrudnienia w Waszyngtonie. Ponad 80 proc. pracowników służb cywilnych ląduje w różnych zakątkach tego olbrzymiego kraju. Ale lepsze to niż szwendanie się po nim w poszukiwaniu nowego zajęcia.

Sektory padają, inne odżywają

Panująca recesja jednoznacznie dowiodła, że przegrały gałęzie wytwarzające lub dystrybuujące konkretne towary i usługi, łącznie z budownictwem, przemysłem maszynowym, handlem detalicznym i transportem. Tam ubyło ponad 1,8 mln miejsc pracy ze wspomnianych 2,6 mln, łącznie z 260 tys. zwolnionych w przemyśle samochodowym i obsłudze sprzedaży, jak i 180 tys. budowniczych domów jednorodzinnych.

W tym czasie takie sektory jak edukacja czy opieka zdrowotna, o których sytuacji mówi się o wiele mniej niż o tragedii Wielkiej Trojki z Detroid, od grudnia 2007 r. czyli początku recesji, zyskały pół miliona pracowników.

Nadchodzi nowa, niedoceniana era

Obecny kryzysy dowodzi, że Stany weszły w nową erę, gdzie będzie bardziej liczył się kapitał ludzki niż produkcyjny. Dotyczy to nie tylko szeroko pojętej edukacji, ale rozwoju nauki i ośrodków badawczych w wielkich koncernach, jak i rozbudowy szpitali, ich laboratoriów czy systemu opieki nad starszymi.

Prof. ekonomii z Harvard University David Cutler, który doradza prezydentowi Obamie, podkreśla, że amerykański GUS nie docenia roli tych sektorów. Z jego badań tymczasem wynika, że tylko od marca 2001 r. do grudnia 2007 r., gdy trwał cykl rozwoju gospodarczego w USA, służba zdrowia i opieka zdrowotna oraz edukacja stworzyły 3,5 mln nowych miejsc pracy czyli 63 proc. z pozyskanych netto. W tym samym okresie sektory produkcyjne straciły 1,8 mln miejsc pracy.

Oczywiście trudno jest wychwycić owe różnice. Potężne koncerny, jak IBM czy Intel, jeśli nawet zwalniają, to ludzi ze zwykłej produkcji, ale jakoś nie słychać aby pracę tracili ludzie z ich ośrodków badawczo-rozwojowych (R+D). Podobnie jest z koncernami naftowymi czy w sektorze wydawniczym. Gazety i magazyny w USA odchodzą coraz bardziej od form papierowych i zwalniają tam pracowników, na rzecz wydań cyfrowych i Internetu, które rozwijają.

Dylematy Obamy

Dlatego administracja Obamy ma wielki zgryz, czy stawiać na trudno uchwytną i słabo wyliczalną „produkcję” ludzkich mózgów, czy łożyć na wsparcie przemysłów typowo produkcyjnych. I czy wybór tej pierwszej drogi jest odpowiednią strategią na dłuższy czas.

Co przemawia za wsparciem dla „mózgów”

Już przeprowadzone jesienią 2006 r. badania dowiodły, że od 30 do 40 proc. nowych miejsc pracy, jakie powstaną w USA w najbliższym ćwierćwieczu, będą w ochronie zdrowia. Od tego czasu w sektorze tym powstało 800 tys. nowych miejsc pracy, gdy w innych dziedzinach gospodarki znikły ich miliony.

Lepsza edukacja, aktywna opieka nad stanem zdrowia społeczeństwa, jak i rozwój badań naukowych wraz z ich praktycznym zastosowaniem na pewno wzmacniają globalną konkurencyjność Ameryki. 

A co przemawia za wsparciem dla przemysłu

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, czy nadszedł czas kolejnego wyprowadzania przemysłu ze Stanów Zjednoczonych. Nie jest jasne do końca, czy takie mocarstwo powinno sobie pozwolić na produkcję rozmaitych towarów konsumpcyjnych za granica.

Stad Waszyngton nadal nie żałuje miliardów dolarów na wspieranie rodzimych koncernów samochodowych i innych ważnych firm. 

Młodzi dokonali już wyboru

Ale Amerykanie poszukujący pracy już nie mają takich wątpliwości. Młodzi wybierają coraz częściej karierę w edukacji, nauce, ochronie zdrowia i innych służbach publicznych.