Od czasu krachu finansowego i opowiedzenia się Brytyjczyków za brexitem nieustannie mówi się o kryzysie UE, o rosnącej niechęci Europejczyków do dalszej integracji.

A jest odwrotnie – obserwuję powrót zaufania do Unii. Po wyborach w Stanach Zjednoczonych i referendum w Wielkiej Brytanii wielu mieszkańców Starego Kontynentu ponownie odkryło, że Wspólnota jest przewidywalna. Bo nie sądzę, by wielu z nas imponował sposób rozwiązywania problemów przez Donalda Trumpa. Żyjemy w czasach rozchwiania politycznego, społecznego i kulturowego, nie mamy, jak po upadku ZSRR, tej pewności, że świat zmierza w dobrym kierunku. To stawia UE w innym świetle, bo to ona może zapewnić ochronę przed niekorzystnymi aspektami globalizacji. Unia oczywiście nie jest i nigdy nie będzie w stanie zadowolić wszystkich, bo jest kontraktem zawartym przez 28 państw, a niedługo już 27. Ale Wspólnota potrafi się zmieniać i to też jest jej dużym atutem.

Być może zmienia się zbyt powoli. Włosi w niedawnych wyborach po raz kolejny pokazali jej żółtą kartkę – popierając ugrupowania eurosceptyczne.

Unia się zmienia, ale to nie oznacza, że rozwiąże problemy wszystkich. Niektóre państwa stanęły na nogi po kryzysie w sposób naprawdę niezwykły – to Irlandia, Hiszpania i Portugalia. Włochy mają problem z gospodarką, konkurencyjnością, dysproporcjami w rozwoju między północą kraju a południem. Unia stara się wspomóc rząd w Rzymie, ale go nie zastąpi. Jeżeli takie są oczekiwania, to są one błędne. Być może tu tkwi sedno problemu – czego oczekujemy od Unii, a czego powinniśmy oczekiwać? W polityce europejskiej przyjęło się, że cele są bardzo ambitne, później zaczynają się negocjacje i powstaje projekt, który jest ułamkiem wyjściowych intencji. Być może powinno być tak, że od początku cele są określane w realistyczny sposób, żeby je można było spełnić. Żeby nie było potem rozczarowań.

CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP