Uroczystość nie była radosna. Pożegnania rzadko takie są. – Dziś po raz ostatni miałem zaszczyt podnieść biało-czerwoną banderę, którą tak dumnie ORP Kondor prezentował na morzach i oceanach oraz w wielu portach zagranicznych, gdzie sławił dobre imię polskiego podwodniaka – mówił 20 grudnia ubiegłego roku komandor podporucznik Marek Walder, który pełnił wówczas obowiązki dowódcy okrętu.

Osiągnięcia wysłużonej, bo już ponad 50-letniej, wręcz muzealnej, jednostki są imponujące. Prawie 200 wyjść w morze, ponad 40 tys. przebytych mil morskich, niemal 600 dni na morzu, większość pod wodą. Bandera, tak jak w przypadku innych okrętów kończących służbę, trafi do Muzeum Marynarki Wojennej. A to nie koniec wzbogacania się tej placówki w podobne eksponaty – wkrótce dołączą kolejne. Jeszcze w tym roku wycofany zostanie drugi z czterech polskich okrętów podwodnych typu Kobben, a najpóźniej w 2020 r. ostatnie dwa. Wtedy w służbie zostanie pozostanie nam tylko większy od nich Orzeł, który w 1986 r. otrzymaliśmy „w prezencie” od ZSRR. Z tym że w wyniku różnych zawirowań, jak choćby ubiegłoroczny pożar na jego pokładzie, okręt jest remontowany od 2014 r. Wśród znawców tematu wielu wątpi w to, by ta jednostka jeszcze kiedykolwiek wyszła w morze.

Tak więc z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że w 2020 r. polska Marynarka Wojenna de facto nie będzie miała żadnego okrętu podwodnego (OP). Taka sytuacja zdarzy się po raz pierwszy od początku lat 30. XX w., gdy pierwsze OP weszły do służby II Rzeczpospolitej.

Orka bez happy endu

Umowę na zakup nowych jednostek mieliśmy podpisać już w 2013 r., ale do zwyczajowego opóźnienia przy zakupach zbrojeniowych doszedł spór o uzbrojenie jednostek w pociski manewrujące mogące razić cele odległe nawet o kilkaset kilometrów. To broń odstraszania – przeciwnik musi mieć świadomość, że możemy mu zagrozić. Na przełomie lat 2014 i 2015 resort obrony, wówczas pod kierownictwem Tomasza Siemoniaka, ogłosił, że zmieniamy plany i takie pociski na okrętach mają się znaleźć. To całą procedurę kupna wydłużyło o kolejnych kilkanaście miesięcy, a w końcu przerwały ją wybory.

Nastał czas ministra Antoniego Macierewicza i jakże słynnych jego zapowiedzi zakupów, które się jednak nigdy nie ziściły, jak np. śmigłowców BlackHawk z Mielca. Ale polityk ten zajmował się również rzeczami poważniejszymi, m.in. negocjacjami w sprawie zakupu OP. Jego zastępca, wiceminister Bartosz Kownacki, jeszcze w maju ubiegłego roku zapowiadał, że decyzji kierunkowej o trybie zakupu, czyli de facto wskazaniu dostawcy, można się spodziewać w ciągu kilku tygodni. Sam Macierewicz zapowiadał, że nastąpi to do końca roku. Nieoficjalnie wiadomo, że wtedy największe szanse na podpisanie kontraktu mieli Francuzi z Naval Group.

>>> Czytaj też: Polska ma 100 mld zł na modernizację armii. Ale najwyraźniej się nie spieszy

Ale po styczniowej dymisji ministra i objęciu funkcji przez Mariusza Błaszczaka negocjacje w sprawie kupna okrętów stanęły – a raczej zostały cofnięte. Branżowy „Dziennik Zbrojny” przytoczył ostatnio korespondencję z MON, z której wynika, że „w ramach programu Orka nie podjęto jeszcze ostatecznej decyzji co do sposobu (trybu) zakupu okrętów podwodnych nowego typu. Zaś rekomendowany tryb pozyskania nowych jednostek ma przedstawić szefowi MON specjalnie do tego celu powołany zespół, który spotykał się w ostatnich miesiącach z potencjalnymi oferentami”.

Jesteśmy więc tak naprawdę znowu na rozdrożu. Francuzi już nie są faworytem i teraz trudno określić, którą drogą podążymy.

Czego zabrakło w filmie MON o wejściu Polski do NATO?

Na troje babka wróżyła

O polski kontrakt na trzy (w porywach retorycznych ministra Macierewicza cztery) nowe okręty podwodne, który wart jest ok. 10 mld zł, ubiega się trzech oferentów. To francuska Naval Group (okręt Scorpene), szwedzki Saab (A26) oraz niemiecki ThyssenKrupp Marine Systems (212 CD). Każda oferta ma swoje wady i zalety.

Francuzi jako jedyni proponują jednostki ze zintegrowanym systemem pocisków manewrujących – bo sami je produkują. Oczywiście można zamówić u nich okręty bez tego systemu, lecz wtedy trzeba uzbrojenie kupić od kogoś innego. A to nie takie proste. W DGP trzy lata temu pisaliśmy, że Warszawa wystosowała pytanie do Waszyngtonu, czy sprzeda nam pociski Tomahawk. Sprawa zrobiła się głośna, komentowano ją w Rosji, ale odpowiedzi zza oceanu do dziś się nie doczekaliśmy. Tymczasem Francuzi w ostatnią środę na spotkaniu z dziennikarzami w Paryżu jasno stwierdzili, że swoich rakiet do integracji z innymi okrętami nie sprzedadzą. Wielkiego wyboru na tym rynku nie ma (taką technologią dysponuje jeszcze m.in. Izrael), a to może oznaczać bardzo słoną cenę.

Przy zakupie o tak dużej wartości liczy się i transfer technologiczny – czego polskie firmy mogą się nauczyć, i polonizacja – ile z tych okrętów zostanie zbudowane w Polsce. – Naval Group proponuje szeroką współpracę przemysłową z polskim przemysłem, w szczególności z Polską Grupą Zbrojeniową. W jej wyniku w Polsce powstanie 2 tys. nowych miejsc pracy – informuje Priya Klara Nadaradjane z biura prasowego francuskiej firmy. Jeśli chodzi o liczbę miejsc pracy, to Niemcy z TKMS mówią o stworzeniu ok. 500–700. Ale do obietnic jednej i drugiej firmy należy podchodzić z dystansem. Przez ostatnie ćwierć wieku trudno znaleźć w naszej zbrojeniówce udany przykład transferu technologii czy choćby tego, że na zakupie uzbrojenia nasz przemysł faktycznie zyskał jako poddostawca. I co trzeba uczciwie przyznać, wina nie jest tylko po stronie zachodnich koncernów, które wypracowanymi przez siebie technologiami dzielić się nie chcą. Leży w dużej mierze również po stronie polskiego przemysłu, który często nie jest w stanie przyswoić technologii. Czasem z powodu braku środków na inwestycje – tak było m.in. w przypadku ostatnio negocjowanego offsetu przy zakupie amerykańskich systemów rakietowych Patriot. Jeden z prezesów państwowej firmy zbrojeniowej nie chciał przyjąć technologii, bo to by na nim wymusiło inwestycje w wysokości 300 mln zł, a on takich pieniędzy nie miał. Czasem projekt napotyka opór związkowców, którzy np. potrafią blokować wprowadzenie nagród motywacyjnych, bo ich zdaniem wszyscy powinni być nagradzani tak samo.

>>> Czytaj też: Miłosz: W sprawie modernizacji polskiej armii były kłamstwa i są kłamstwa [OPINIA]

A budowa okrętu podwodnego jest skomplikowana, porównywalna do wykorzystywania technologii kosmicznych. Tak więc wiara w to, że w Polsce będziemy samodzielnie produkować okręty podwodne, jest pozbawiona podstaw. Co nie zmienia faktu, że możemy próbować je składać z części przesyłanych nam przez producentów. I to pod ich okiem. Niemcy właśnie takie zestawy, niczym do budowania z klocków, proponują. I mają w tym doświadczenie, bo podobne rzeczy robili już m.in. w Grecji. – Mamy w tej chwili tyle zamówień, że potrzebujemy miejsca, by się rozwijać, tu w Kilonii go brakuje. Z naszego punktu widzenia Polska jest dobrym miejscem m.in. z racji bliskości geograficznej i podobnej kultury pracy – mówili przedstawiciele kierownictwa TKMS na niedawnym spotkaniu z dziennikarzami. Przez wszystkie przypadki odmieniają oni również hasło „długotrwałe zaangażowanie” – chodzi o to, że polskie zakłady miałyby pracować nie tylko przy budowie trzech okrętów dla Polski, ale również dla innych klientów. Tajemnicą poliszynela jest, że Niemcy najchętniej współpracowaliby z zakładami z okolic Szczecina.

Dużym atutem niemieckiej propozycji jest to, że zakup takich jednostek od TKMS właśnie negocjują rządy Niemiec i Norwegii. Poza efektem skali oraz perpektywą, że w związku z tym te okręty mają szanse być nieco tańsze, to z naszego punktu widzenia olbrzymią zaletą jest to, iż to Norwedzy wzięli na siebie ciężar rozmów o pieniądzach. Nasze wojsko nigdy nie negocjowało zakupu tego typu jednostek (wszystkie obecnie jeszcze w służbie niejako dostawaliśmy – Kobbeny właśnie wychodziły ze służby w Norwegii) i nie mamy ludzi, którzy mają w tym odpowiednie kompetencje i doświadczenie. Zamknięcie umowy, mając po swojej stronie jako partnera doświadczonego negocjatora, może być nie do przecenienia.

Na stole jest też oferta szwedzka. Pierwszy okręt A26 jest dopiero budowany i jak do tej pory jedynym potwierdzonym nabywcą jest szwedzki rząd. W budowie okrętów podwodnych Saab ma zdecydowanie najmniejsze doświadczenie spośród tej trójki. Ale to też jest swego rodzaju szansą. Wejście w budowę A26 na tym etapie daje dużą pewność, że dla Szwedów faktycznie bylibyśmy istotnym partnerem i stwarza duże możliwości negocjacyjne. Polacy mogliby zażądać dużo w kategoriach współpracy przemysłowej. O ile Naval Group czy TKMS doskonale sobie poradzą bez polskiego zamówienia, to w przypadku Szwedów wcale nie jest to przesądzone. Jak mówił jeden ze szwedzkich wojskowych, by projekt A26 się finansowo spiął, potrzebna jest sprzedaż 10 jednostek. Szwecja zamówiła dwie. Polacy z kolejnymi trzema radykalnie by zwiększyli szanse na sukces tego projektu.

Promocję Szwedów widać. O ile TKMS jak na razie nie ma polskich poddostawców przy produkcji okrętów podwodnych, to Szwedzi pod koniec listopada ogłosili, że polska spółka Base Group będzie dostarczać komponenty do okrętów A26. – Relacje biznesowe pomiędzy Szwecją a Polską są silne i możemy skorzystać na doświadczeniu i umiejętnościach polskich partnerów przemysłowych przy dostarczaniu wyposażenia dla szwedzkich okrętów A26. Base Group to pierwsza spółka na długiej liście potencjalnych partnerów z Polski – mówił pod koniec listopada Jyrki Kujansuu, wiceprezes Saab na Polskę i kraje bałtyckie.

Tupolewizm pod wodą

Każda z tych ofert jest warta rozważenia. Wybranie konkretnej zależy od tego, co ma być decydujące: rozwój rodzimego przemysłu, podniesienie naszych zdolności wojskowych czy korzyści polityczne, a także to, jak duże ryzyko związane z rozwojem produktu jesteśmy gotowi podjąć. Wybór każdej z tych trzech propozycji można uzasadnić. Można też je skrytykować. Zapewne jedną łatwiej, inną trudniej, ale to możliwe.

Jednak podstawowy problem leży zupełnie gdzie indziej. Mimo że o okrętach podwodnych jeszcze niedawno często wypowiadali się politycy partii rządzącej, to jakakolwiek decyzja w tej materii do końca tej kadencji Sejmu będzie olbrzymim zaskoczeniem. W kierownictwie MON, a także w PiS, trudno dojrzeć chęć doprowadzenia sprawy do finału. Zapewne mocno przyczynia się do tego podpisany ostatnio kontrakt na tarczę przeciwrakietową Wisła (produkowane przez Amerykanów baterie Patriot o wartości ponad 16 mld zł), który mocno drenuje budżet MON.

Przeniesieni z MSW współpracownicy ministra Błaszczaka dopiero wgryzają się w temat zakupów uzbrojenia, a w podejmowaniu decyzji są bardzo ostrożni. Dotychczas, czyli przez trzy miesiące urzędowania, spotkania na wysokim szczeblu, np. wiceministra z przedstawicielami producentów nie było. Zanim faktycznie będą w stanie wyrobić sobie zdanie w kwestii OP, to do wyborów parlamentarnych zostanie kilka miesięcy. A w okresie tuż przed głosowaniem takich decyzji się nie podejmuje. Nawet jeśli kierownictwo PiS by się na coś jednak zdecydowało, to umowy przed wyborami nie da się podpisać – to niemożliwe proceduralnie. Negocjacje zajmują najmniej kilkanaście miesięcy. A gdy jeszcze po wyborach zmieni się rząd, to i tak nowy minister wybór może zakwestionować i cała karuzela ruszy od nowa.

Czas nie stoi jednak w miejscu i w 2020 r. zostaniemy najpewniej bez żadnego okrętu podwodnego. Jeśli chcielibyśmy postawić na rozwiązanie pomostowe, czyli na wypożyczenie jednostki czy przejęcie wychodzącej ze służby w państwie sojuszniczym (tak już robiliśmy), by doszło do tego w 2020 r., rozmowy musiałby być już dziś mocno zaawansowane. Tymczasem nikt ich nie prowadzi. Pojawia się za to argument, że przed decyzją o dostawcy trzech jednostek, które chcemy kupić, nie wybierzemy rozwiązania pomostowego, bo to by faworyzowało producenta. I tak fatalne koło niemocy się zamyka.

Na ironię zakrawa fakt, że w ubiegłym roku podpisaliśmy wartą ponad 700 mln zł umowę na budowę okrętu Ratownik, którego głównym przeznaczeniem jest niesienie pomocy załogom OP w przypadku awarii. W momencie, gdy on będzie wchodził do służby, najpewniej już nie będziemy w posiadaniu żadnego tego typu okrętu. Tak więc ta jednostka będzie służyć tylko do ewentualnej pomocy sojusznikom z NATO.

Zrezygnowanie z takiego uzbrojenia, jakim są okręty podwodne, można uzasadnić. Choć nawet pojedyncze jednostki tego typu wiążą znaczące siły wroga, to są bardzo drogie. Można się zastanawiać, czy nie lepiej postawić na inny rodzaj uzbrojenia, czy pieniędzy nie można wykorzystać bardziej efektywnie. Z drugiej strony mogą się znaleźć argumenty, że powinniśmy rozwijać flotę OP, bo tego oczekują od nas sojusznicy, a w NATO solidarność jest rzeczą bardzo istotną. Tak jak przy wyborze oferentów, także w tym wypadku można znaleźć argumenty za i przeciw. Można sobie wyobrazić burzliwe dyskusje na ten temat podczas sejmowej komisji obrony narodowej. Pełne gorących polemik panele ekspertów, którym przysłuchują się decydenci.

Tymczasem Polska, bez żadnej debaty publicznej, trochę po cichu, trochę wstydliwie, niejako mimochodem pozbywa się właśnie okrętów podwodnych. Tupolewizm i bylejakość dotyczą nad Wisłą nie tylko sfery powietrznej. Pod wodą również mają się jak najlepiej.

>>> Czytaj też: Ile jest warte ludzkie życie? Ekonomiści wyliczają to od lat