Kiedyś było łatwiej. To, co minione, przechodziło od razu do sfery mitu, więc, choć niezapisane, nie znikało; wszyscy umarli pozostawali w zasadzie – jako duchy przodków – na wyciągnięcie ręki, a śmierć była jedynie zmianą stanu skupienia. Czas zresztą biegł nie po linii, lecz po okręgu, więc przyszłość nie mogła być niczym innym niźli bezpiecznym powtórzeniem. Owszem, istniały wróżby i proroctwa, ale nie miały one nic do powiedzenia na temat temporalnej natury rzeczywistości, interesowały się tylko prywatnym losem jednostek.

Wielkie religie trochę to przemeblowały, przeciwstawiając wieczność (albo buddyjską śunjatę, czyli pustość) doczesności. W szczególności religie monoteistyczne częściowo zastąpiły czas cykliczny czasem wyczekiwania, nie była to jednak, by ująć rzecz zwięźle, perspektywa z tego świata: Bóg mógł wkroczyć w każdej chwili, unieważniając czas.

Tak czy owak naszych przodków znacznie bardziej interesowała niedosiężna geografia. Nawet utopie (i dystopie), które współcześnie kojarzą się ściśle z wizjami przyszłości, mają inne pochodzenie. „Czasami zapomina się, że pierwotna »Utopia« Thomasa More’a wcale nie była umieszczona w przyszłości. Utopia była jedynie leżącą daleko wyspą” – pisze James Gleick w wydanym niedawno u nas eseju „Podróże w czasie”.

CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP