Pod koniec stycznia tego roku firma windykacyjna GetBack złożyła w Komisji Nadzoru Finansowego wniosek o zatwierdzenie prospektu emisyjnego, którego celem było przeprowadzenie emisji w trybie ofert prywatnych, ale nie w Polsce, tylko w Rumunii. Spółka informowała o tym w komunikacie giełdowym. Do emisji, której wartość miała wynosić do 100 mln lei (ok. 90 mln zł), nie doszło. GetBack wycofał swój wniosek, a z naszych ustaleń wynika, że przyczyniła się do tego dociekliwość nadzoru.

Obstrukcja wniosku

– W toku postępowania urząd KNF zgłosił ponad 100 uwag do prospektu. Dotyczyły konieczności uzupełnienia prospektu o informacje wymagane przepisami prawa, w tym ujawnienia sytuacji finansowej spółki ze względu na jej duże zadłużenie – wyjaśnia rzecznik prasowy KNF Jacek Barszczewski.

Informacje przekazane DGP przez nadzór wskazują, że po przekazaniu spółce uwag w dniu 27 marca br. GetBack złożył wniosek o umorzenie postępowania.

– Spółka nie podała powodów wniosku – twierdzi rzecznik KNF. Dwa tygodnie później postępowanie zostało więc przez nadzór finansowy oficjalnie umorzone i do emisji prywatnej obligacji na rynku rumuńskim nie doszło.

Kłopoty GetBacku. O co chodzi w tej głośnej sprawie?

więcej
Wideo

– Tak liczne uwagi do prospektu spółki to nie jest standardowe działanie ze strony KNF, tylko obstrukcja wniosku. Nadzór zapewne uznał, że w ten sposób zablokuje planowane emisje. Mógł mieć podejrzenia, że zadłużenie spółki jest już zbyt duże – mówi pragnący zachować anonimowość prawnik z wieloletnim doświadczeniem w przygotowywaniu prospektów emisyjnych.

Oferta specjalna

Nie udało nam się uzyskać komentarza i odpowiedzi od spółki na pytania, dlaczego GetBack zrezygnował z planów emisji prywatnej obligacji w Rumunii. Wrocławski windykator nie wyjaśnił tego również w komunikatach giełdowych.

GetBack swoją działalność finansował głównie poprzez emisję obligacji i to kierowanych do prywatnych nabywców. Z komunikatu wydanego przez KNF dowiadujemy się, że na koniec I kw. tego roku wartość sprzedanych obligacji wynosiła aż 2,58 mld zł. Ich posiadaczami były 9242 podmioty, z czego 9064 to osoby fizyczne, a 178 – instytucje finansowe.

Spółka sprzedawała gros papierów inwestorom indywidualnym. W ofercie publicznej, dostępnych dla szerokiego grona inwestorów i notowanych na giełdzie, sprzedano obligacje tylko za 300 mln zł.

Reszta rozeszła się w ofertach prywatnych, których przeprowadzenie nie wymaga zatwierdzenia prospektu przez KNF. Takie emisje mogą być kierowane do nie więcej niż 149 wskazanych imiennie inwestorów. Nie wolno tego typu sprzedaży publicznie reklamować, więc pozyskiwanie w ten sposób kapitału jest uproszczone i relatywnie szybkie. Odbywa się na innych zasadach niż oferta publiczna, co powoduje, że śledzący sytuację spółki i koszt pozyskiwania przez nią finansowania nie mają na ten temat pełnej wiedzy.

Prywatne emisje miały zostać przeprowadzone również w Rumunii, jednak w tym przypadku GetBack nie mógł tego zrobić bez zatwierdzenia prospektu przez nasz nadzór, bo oferta była skierowana do innego kraju.

Już się skrzykują

Windykator wciąż nie opublikował sprawozdania finansowego za 2017 r. Miał to zrobić 30 kwietnia, przesunął termin na 15 maja. W ubiegłą środę poinformował, że złożył do sądu wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Obligatariusze już skrzykują się w mediach społecznościowych, bo GetBack przestał obsługiwać część emisji obligacji. Z rachunku sumienia, jaki zrobił windykator, wynika, że według stanu na 25 kwietnia br. spółka nie wykupiła obligacji wobec których minął już termin zapadalności wartych 88,26 mln zł i spóźnia się z wypłatą odsetek na ponad 3,3 mln zł.

Jak GetBack próbował osaczyć premiera

Przedstawiciele windykatora przez miesiąc szukali dojścia do najbliższych współpracowników szefa rządu. Działano na granicy prowokacji

Kilkanaście minut po siódmej rano w poniedziałek, 16 kwietnia, GetBack opublikował komunikat, w którym zapewnił o „pozytywnym zaangażowaniu” spółki w rozmowy z PKO BP i Polskim Funduszem Rozwoju (PFR) na temat finansowania w wysokości do 250 mln zł. To korzystny news, który niewątpliwie podbiłby jej kurs. Jednak informacje szybko zostały zdementowane, a KNF uznała, że komunikat może być manipulacją i zawiadomiła prokuraturę.

Zrekonstruowaliśmy, jak przez niemal miesiąc przed tymi doniesieniami próbowano dotrzeć do osób z otoczenia premiera – Pawła Borysa, prezesa PFR, i Zbigniewa Jagiełły, prezesa PKO BP. Nasi rozmówcy przekonują, że głównym celem mógł być Mateusz Morawiecki. Chodziło o uwikłanie państwa w sprawę, która już wtedy wydawała się nie do uratowania. Udało nam się poznać treść wyjaśnień, jakie szefowie państwowych spółek złożyli w KNF. Wynika z nich, że Paweł Borys faktycznie spotkał się z byłym prezesem GetBacku Konradem Kąkolewskim. I poinformował go, że PFR nie jest zainteresowany inwestycją. Z kolei w państwowym banku – trzy godziny po komunikacie giełdowym, w którym informowano o rzekomych rozmowach GetBacku z PFR i PKO BP – pojawiły się osoby, które chciały przekazać prezesowi Jagielle kopertę od GetBacku. Nie udało się, ponieważ „posłańcy” nie chcieli na recepcji okazać dokumentów tożsamości. Nie wiadomo, co było w kopercie. – Na końcowym etapie kłopotów spółki próbowano obarczyć jej problemami PKO BP i PFR – uważa nasz informator. Z wiedzą o tym, jak to uwikłanie miało przebiegać, 20 kwietnia premier zorganizował spotkanie, w którym udział wzięli minister koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński, szef CBA Ernest Bejda oraz prezes KNF Marek Chrzanowski. Premier polecił, aby instytucje państwowe nie lekceważyły sprawy. CBA już prowadzi czynności na zlecenie prokuratury. W spółce zabezpieczono kluczowe dokumenty.

>>> Czytaj także: GetBack planuje spłacić obligatariuszy w ratach do 2025 roku