Choć większość parlamentarzystów jest mu przeciwna, partyjna dyscyplina w PiS i obawy przed opinią publiczną zrobią swoje. I to mimo prób, mówiąc językiem mediów społecznościowych, strollowania tej propozycji. Bo tak należy rozumieć propozycje ograniczenia pensji parlamentarzystów do zera, czego chciał Witold Zembaczyński z Nowoczesnej, czy nawet zmniejszenia jej o 105 proc., co zaproponował poseł niezależny Jacek Wilk.

Na ogół większość ustaw uchwalanych w Sejmie jest rodzajem lekarstwa na jakieś choroby prawdziwe czy wydumane. W przypadku nowelizacji prawa dotyczącego wynagrodzeń posłów i senatorów mamy do czynienia ze środkiem, który ma leczyć choroby, na które zachorował kto inny.

Średniowiecze znało figurę chłopców do bicia, ale nie wymyślono pojęcia zastępczych pacjentów. A tu mamy do czynienia z takim przypadkiem. Za wprowadzenie w rządzie wątpliwego prawnie mechanizmu permanentnych nagród będących faktycznie dodatkową pensją mają zapłacić posłowie i senatorowie. W dodatku nie tylko partii rządzącej, ale wszyscy. To rodzaj płacenia swoich rachunków z nie swojej kieszeni.

Politycznie to ruch nawet sprytny – najsilniej uderza w opozycję. Już teraz marszałek ma instrumenty do karnej obniżki poselskich uposażeń (z czego korzysta). A ta tylko jeszcze bardziej uderzy w posłów nietworzących rządowej większości. W końcu rząd i partia rządząca może wysłać swoje rodziny na posady w państwowych spółkach. Dla opozycji to opcja niedostępna. To zmiana tym dotkliwsza, że dokonywana jest w trakcie kadencji. To nie zgoda na ustalone z góry warunki, ale zmiana reguł w trakcie gry. I to zmiana, która moim zdaniem jest także wątpliwa prawnie. W  końcu poseł czy senator jest reprezentantem wyborców, a nie szablą prezesa swojej partii czy pracownikiem marszałka Sejmu.

Długofalowo politycznie ten ruch nie tylko osłabia opozycję, ale wzmacnia pozycję szefa każdego ugrupowania. Im mniej zamożni posłowie, tym bardziej będą zależni od prezesa czy przewodniczącego. W rozprawach o upadku I Rzeczpospolitej sporo miejsca poświęcano temu, jak wypierana z rządzenia była szlachecka klasa średnia. Efektem była rosnąca rola magnaterii i wiszącej u jej klamek niezamożnej szlachty. Efektem tych działań będzie to, że polityka sejmowa jeszcze bardziej stanie się domeną osób, które są na tyle majętne, że nawet wejście w życie propozycji posła Zembaczyńskiego czy Wilka nie zrobi na nich wrażenia. Lub przeciwnie – osób, dla których obniżone pensje będą materialnym awansem. Obecna klasa średnia, która więcej zarobi na posadach adwokatów, urzędników czy specjalistów w firmach, będzie stroniła od wchodzenia na poselskie czy senatorskie listy. Wprawdzie ma rację prezes PiS, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Ale można to także odwrócić. Już dziś wynagrodzenia posłów czy senatorów są na poziomie sprzed 20 lat. Więc jeśli ktoś szuka pieniędzy, to nie idzie do polityki. A jeśli my narzekamy na jej poziom, to przykro mi, ale ta ustawa go nie podniesie.

Grzegorz Osiecki

Grzegorz Osiecki

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jeden z polityków PiS przekonuje, że w następnej kadencji pensje się podniesie. Wątpię. Presja będzie tak duża, że trudno będzie wykonać taki ruch. Prezes PiS mówił o głosie ludu, który jest głosem Boga. Czasami jednak polityk powinien być heretykiem. Prezydent będzie miał taką okazję i powinien z niej skorzystać.

>>> Czytaj też: Były wiceminister sprawiedliwości zatrzymany. To odwet za jego aktywność publiczną?