Globalnie rzecz ujmując, to właśnie brak, uporczywy, męczący i często śmiertelny brak, definiuje kondycję ludzką. Tak jest w krajach kiedyś zwanych Trzecim Światem – ale także i u nas, w miejscach całkiem nieźle dających sobie radę. Nawet mieszkańcy Warszawy mają poczucie braku – rzadziej wody, częściej stabilności sytuacji życiowej, poczucia bezpieczeństwa, wolnego czasu, nadziei. Rosnące nierówności w bogatszych społeczeństwach uwypuklają wszelkie braki – wystarczy spojrzeć w górę społecznej drabiny, żeby wyraźniej dojrzeć, czego brakuje na dole, i zacząć każdy brak odczuwać bardziej dotkliwie, bo oglądamy go przez pryzmat niesprawiedliwości.

A więc brak, brak jest wszędzie, także u nas. Tymczasem w ramach wrednego psikusa, który płatają nam psychologia ludzka do spółki z kapitalizmem, naszą drugą największą zmorą w zachodnich społeczeństwach stał się nadmiar. Borykając się z brakiem, wpadamy w szpony nadmiaru, który atakuje nas ścichapęk i równolegle z brakiem odbiera nam dobre życie. O ile jednak brak ma wmontowany w siebie mechanizm ucieczki (pozbyć się go, mieć, wreszcie mieć! – krzyczy dusza), o tyle nadmiar takowego nie ma. I dlatego wciąga nas w siebie podstępnie jak złowieszcze bagno z mlecznej czekolady – trudno się skoncentrować na tym, że się tonie, gdy człowiek jest pochłonięty zjadaniem tego, co go wciąga.

Treść całego artykułu będzie można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Polska oazą spokoju. Im wyższe wykształcenie, tym lepsze zdrowie psychiczne