Od wielu miesięcy przez media przetacza się fala czarnych scenariuszy dla gospodarki światowej, w tym dla polskiej. Źródłem tych scenariuszy są głównie banki inwestycyjne, banki komercyjne, analitycy oraz politycy. Wielu twierdzi, że obecna recesja będzie jeszcze gorsza od tej z 1929 roku.

W natłoku negatywnych informacji zaszokowała mnie ostatnio analiza głębokości obecnego spowolnienia gospodarczego w Stanach Zjednoczonych na tle trzech wcześniejszych recesji z lat 1981, 1991 oraz z 2001 roku. Autorem analizy jest jeden z najznamienitszych w świecie badaczy cykli koniunkturalnych Victor Zarnowitz z Conference Board w Nowym Jorku. Okazuje się, że obecne spowolnienie gospodarcze w USA mierzone spadkiem produktu krajowego brutto (PKB) i spadkiem wskaźnika równoległego koniunktury (mówiący z wyprzedzeniem o przyszłych trendach rozwoju gospodarki wskaźnik, mierzący koniunkturę gospodarczą i silnie skorelowany z PKB) jest mniejsze niż w czasie ostatnich trzech recesji.

Zatem co? Czarny obraz gospodarki USA jest przesadzony. Obecna recesja nie jest tak głęboka, jak się powszechnie sądzi. A jeśli tak, to i polska gospodarka nie będzie tak dotknięta spowolnieniem, jak się często mówi. Pamiętamy, jak w Polsce przebiegało spowolnienie z 2001 roku. Nie było łatwo, ale też nie było tak źle. Polski PKB obniżył się z 4,1 proc. w 2000 roku do 1 proc. w 2001 roku. Potem z każdym rokiem było już tylko lepiej.

Przywołana wyżej analiza świadczy o czymś jeszcze. Oznacza ona, że bardzo daleko nam do recesji z roku 1929, którą z upodobaniem straszą nas media i George Soros. Przypomnę, że w czasie tamtej recesji PKB amerykański spadł w ciągu czterech lat o blisko 30 proc.

Nie obniżać stóp

Płyną stąd wnioski dla polskiej polityki gospodarczej. Przede wszystkim Rada Polityki Pieniężnej nie powinna spieszyć się z kolejnymi obniżkami stóp procentowych. Ostatnie obniżki stóp procentowych i zapowiedzi dalszych doprowadziły do gwałtownej ucieczki kapitału z Polski, co wywołało nadmierne osłabienie złotego. Słaby złoty oznacza droższy import i wyższą inflację, a w perspektywie wejścia do strefy euro grozi zubożeniem polskiego społeczeństwa po przyjęciu euro. Za nasze złote dostaniemy mniej euro, niż dostalibyśmy, gdyby złoty był mocniejszy, a nasze domy, oszczędności i samochody będą mniej warte w euro.

Ograniczenia wydatków budżetowych, które ostatnio ogłosił rząd, były konieczne. Można oczekiwać, że polski PKB w 2009 roku wzrośnie o 1-2 proc. Siłą rzeczy przychody podatkowe do budżetu będą niższe niż w latach ubiegłych. Przecież budżet na 2009 rok był planowany w połowie roku 2008 roku, kiedy to resorty rządowe miały w świadomości wzrost PKB na poziomie 2007 roku czyli 6,7 proc. Różnica między wzrostem PKB w 2007 roku, a spodziewanym wzrostem PKB w bieżącym roku jest istotna, bo sięga 5-6 pkt proc. Właśnie ta różnica spowoduje, że wpływów podatkowych do budżetu będzie mniej.

Kosztowne zadłużanie

Braki wpływów budżetowych można oczywiście wzorem innych państw uzupełnić poprzez zadłużenie się budżetu na rynku. Sytuacja Polski na rynku długu jest jednak inna niż państw bogatszych. Koszt polskiego długu na rynku obligacji dziesięcioletnich jest prawie dwa razy większy niż koszt obligacji niemieckich. Decyzja o wzroście zadłużenia oznaczyłaby również, że budżet zabrałby z rynku wolne środki przedsiębiorstwom. A przedsiębiorstwa i tak już narzekają, że banki nie chcą ich finansować. Z zadłużonym budżetem trudniej byłoby też spełnić unijne kryteria przyjęcia euro.

Trzeba widzieć i inne konsekwencje podtrzymywania rozwoju poprzez wzrost zadłużenia budżetu. Załóżmy, że pieniądze zebrane z rynku przeznaczone zostałyby na jakąś formę subsydiowania przeżywających kłopoty przedsiębiorstw czy banków. Taka redystrybucja środków oznaczałaby, że rząd zabiera pieniądze z rynku i podnosi koszty finansowania wszystkim efektywnym przedsiębiorstwom, a finansuje z tych pieniędzy jedynie przedsiębiorstwa nieefektywne. Byłoby to zupełnie nieracjonalne.

Jeśli ratować, to ludzi, a nie firmy

Można sobie natomiast wyobrazić finansowanie z budżetu nie przedsiębiorstw, ale bezpośrednio ludzi dotkniętych skutkami kryzysu. Przede wszystkim tych, którzy stracili pracę. Finansowanie takie mogłoby polegać na wypłacaniu comiesięcznego zasiłku w wysokości np. 90 proc. ostatniej pensji przez okres trwania kryzysu. Nieefektywne przedsiębiorstwa musiałyby i mogłyby wówczas szybciej się restrukturyzować, ponieważ ich restrukturyzacja napotykałaby na mniejsze protesty ze strony pracowników.

Ogólnospołeczny efekt byłby taki, że dzięki restrukturyzacji słabych przedsiębiorstw mielibyśmy efektywniejszą gospodarkę, a zwalniani pracownicy mogliby z pomocą państwa przeczekać okres restrukturyzacji nieefektywnych firm. Ratowanie przedsiębiorstw, a nie ludzi, petryfikuje nieefektywne struktury i procedury, przez co obniża konkurencyjność gospodarki. Ratowanie ludzi może pomóc restrukturyzować przedsiębiorstwa.