Przy braku informacji makroekonomicznych na pierwszy plan wysunął się szwajcarski bank UBS, który wpisał się w trwającą tendencję notowania rekordowych strat i ogłosił, że w czwartym kwartale stracił 6,9 mld USD. Nie zaskakuje, że gro strat wynika z bankowości inwestycyjnej, ale mimo to bank nie będzie z niej rezygnować. Mimo braku konkretnych powodów do zwyżek popyt podnosił WIG20 do poziomu neutralnego. Większą determinację sprzedających widać było dopiero przy barierze 1600 punktów.

Nawet momentami lepsza postawa niemieckiego DAX i zmniejszenie tamtejszych spadków o połowę do zaledwie jednego procenta nie pomagało. Wczorajsza sesja uwidoczniła fakt, że na wyższych poziomach nie ma już takiej masy kupujących, a to zmniejsza obrót i uniemożliwia przekonujące wzrosty. Warszawski rynek miał szczęście, że notowania kończyły się przed falą wyprzedaży w Stanach. Dzięki temu WIG20 zdołał zakończyć piąty dzień wzrostem, co jest wynikiem najlepszym od listopada ubiegłego roku. Dziś szanse na przedłużenie tej passy są nikłe.

Wczorajsze przyjęcie planu pomocy gospodarce amerykańskiej  przez Kongres spotkało się z wyprzedażą akcji. Indeksy spadły o pięć procent, co zwiastuje podobne problemy podczas dzisiejszego handlu w Europie. Zatwierdzony plan został uznany za mało konkretny, choć jego wartość jest imponująca i wynosi 2.000 miliardów dolarów. Połowa środków będzie przeznaczona dla banków na finansowanie akcji kredytowej, a druga połowa posłuży na wykup toksycznych aktywów.

Wdrożenie planu powiększy dług publiczny USA aż o 25 procent, ale i tak rynek nie uwierzył w jego skuteczność. Taka reakcja na razie nie stanowi zagrożenia, ponieważ amerykańskie rynki do styczniowych dołków mają jeszcze 3 proc. zapasu, a minima bessy odległe są o 10 proc. Na GPW sytuacja jest niemal identyczna, z tą różnicą, że u nas dochodzi jeszcze nieprzewidywalny czynnik kapitału. Im będzie go mniej tym spadki będą dotkliwsze. Początek z pewnością będzie spadkowy.