Od kilku tygodni ceny paliw pną się w górę. Wczoraj za litr benzyny Pb 95 płaciliśmy średnio w kraju 3,80 zł, a za litr oleju napędowego 3,65 zł – ustaliło łódzkie biuro maklerskie Refleks. A jeszcze w poniedziałek litr benzyny kosztował zdecydowanie mniej, bo przeciętnie 3,69 zł, a litr oleju napędowego 3,57 zł – wynika z danych firmy e-petrol monitorującej rynek paliw. Ponadto nie tak dawno, bo między 5 a 12 stycznia, na zatankowanie litra benzyny lub oleju napędowego należało wydać tylko 3,29 zł.

Skąd ta zmiana? – Podwyżki cen paliw są konsekwencją osłabiania się złotego – mówi Szymon Arakszkiewicz, ekspert e-petrol. Wyjaśnia on, że słabnący złoty zwiększa koszty zakupu ropy naftowej i jej produktów, co podnosi ceny hurtowe paliw i w konsekwencji także ich ceny na stacjach benzynowych. – Jeśli kurs złotego będzie nadal spadał, to cena benzyny bezołowiowej Eurosuper może przekroczyć 4 zł – uważa Urszula Cieślak z Refleksu. Kiedy tak będzie? – Dzisiaj trudno powiedzieć, czy jest to kwestia kilku dni czy tygodni. Ale tendencja odwrotna nie jest wykluczona – mówi Cieślak.

Z szacunków „WSJ Polska” wynika jednak, że podwyżek cen można by uniknąć, albo mogłyby być one znacznie niższe, gdyby rafinerie nie windowały swoich marż. Okazuje się, że zakup paliw na giełdzie w Rotterdamie byłby znacznie tańszy niż u ich polskich producentów. Na przykład zakupienie 1000 litrów oleju napędowego na giełdzie razem z ich załadunkiem, transportem i wyładunkiem oraz po opłaceniu między innymi ubezpieczenia towarów i uiszczeniu podatków kosztowałoby nieco ponad 2,5 tys. zł, czyli o około 300 zł (30 gr na litrze) mniej niż w funkcjonujących u nas rafineriach. Oznacza to, że gdybyśmy mieli to paliwo tylko z importu, wtedy litr oleju mógłby być o 20 groszy tańszy niż obecnie (przyjmując, że pozostałe 10 groszy na litrze jest dodatkową premią z importu i za ryzyko związane ze zmianą kursu złotego).

Dlaczego więc nie pojawiają się nowe firmy, które sprowadzałyby dużo taniego paliwa z zagranicy? – Przede wszystkim dlatego, że musiałyby przeznaczyć duże kwoty na stworzenie i utrzymanie zapasów obowiązkowych paliw, do czego zobowiązane są firmy sektora naftowego – wyjaśnia Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliwowego. Dodaje, że jest to bardzo kosztowne i niewiele firm się na to decyduje. – Tym bardziej że rafinerie opanowały także dużą część importu paliw, na którym zarabiają dodatkowo gigantyczne kwoty – podkreśla Szczęśniak.

Więcej w dzienniku.pl